chryzantema
Adres WWW: chryzantema.pinger.pl
48 wpisów
Średnio co: 5 dni
Ostatni wpis: 14 dni temu, 15:06
Licznik odwiedzin: 3 722 (273 dni)
Jesteś niezalogowany. Niektóre wpisy dostępne są tylko dla znajomych.
powrót do Catanii zbliża się wielkimi krokami, więc szukałam rzeczy, które mogłabym przywieźć znajomym. oprócz standardów jak Żubrówka czy Ptasie Mleczko dla współlokatorów, kupiłam dla znajomego przewodnik "Zrób to w Warszawie! Do it in Warsaw!", bo wydawał mi się całkiem interesującą inicjatywą i jako jedyny przewodnik po angielsku opisywał Warszawę w taki sposób, że sama bym tu przyjechała. no ale teraz natknęłam się na taki cytat:
"Poruszanie się po Warszawie komunikacją miejską grozi zawałem. Z nerwów. A już dla zagranicznych turystów jest prawdziwie ekstremalną przygodą. Zaczynając od kupienia biletu na przejazd (którego na ogół nie dostaniemy u kierowcy), przez stan techniczny pojazdów, kończąc na skrajnej niepunktualności z powodu notorycznych korków".
i to samo po angielsku. że tak rzeknę: karwa. przeczytałam i szlag mnie trafił. prawdziwie ekstremalna przygoda? to chyba jakiś żart.
we Włoszech (nie wszędzie, ale choćby w Rzymie czy Catanii) na przystankach nie ma rozkładu jazdy autobusów (ewentualnie jest trasa, ale nie godziny). biletów także nie kupi się u kierowcy (W OGÓLE, a nie, jak w Wawie, że często brakuje, ale taka możliwość ogólnie jest), a o punktualności nie ma nawet co mówić. w Catanii, co więcej, nie ma autobusów nocnych. metro w Rzymie zaś działa tylko do 1 w nocy chyba, także w weekendy. stan techniczny pojazdów - cóż, pomijając stare Ikarusy i przegubowce jest nieźle.
Warszawa, moim zdaniem, może poszczycić się naprawdę dobrą komunikacją miejską, i takie teksty, napisane przez ludzi, którzy rzekomo chcą pokazać Warszawę z innej, fajniejszej strony, udowodnić, że "w stolicy nudzą się tylko nudziarze", a samo miasto jest fantastyczne, tylko pomagają w utrwaleniu stereotypu Polski i miasta stołecznego jako trzeciego świata.
to się podenerwowałam. o.
"Poruszanie się po Warszawie komunikacją miejską grozi zawałem. Z nerwów. A już dla zagranicznych turystów jest prawdziwie ekstremalną przygodą. Zaczynając od kupienia biletu na przejazd (którego na ogół nie dostaniemy u kierowcy), przez stan techniczny pojazdów, kończąc na skrajnej niepunktualności z powodu notorycznych korków".
i to samo po angielsku. że tak rzeknę: karwa. przeczytałam i szlag mnie trafił. prawdziwie ekstremalna przygoda? to chyba jakiś żart.
we Włoszech (nie wszędzie, ale choćby w Rzymie czy Catanii) na przystankach nie ma rozkładu jazdy autobusów (ewentualnie jest trasa, ale nie godziny). biletów także nie kupi się u kierowcy (W OGÓLE, a nie, jak w Wawie, że często brakuje, ale taka możliwość ogólnie jest), a o punktualności nie ma nawet co mówić. w Catanii, co więcej, nie ma autobusów nocnych. metro w Rzymie zaś działa tylko do 1 w nocy chyba, także w weekendy. stan techniczny pojazdów - cóż, pomijając stare Ikarusy i przegubowce jest nieźle.
Warszawa, moim zdaniem, może poszczycić się naprawdę dobrą komunikacją miejską, i takie teksty, napisane przez ludzi, którzy rzekomo chcą pokazać Warszawę z innej, fajniejszej strony, udowodnić, że "w stolicy nudzą się tylko nudziarze", a samo miasto jest fantastyczne, tylko pomagają w utrwaleniu stereotypu Polski i miasta stołecznego jako trzeciego świata.
to się podenerwowałam. o.
-
hurin: w Hiszpanii tak samo jak we Wloszech. w sumie Hiszpanie wychodza z zalozenie ze wszystko mozna wykonac jutro (MAÑANA), ale tak to jest zawsze do czegos doczepic sie musza. pozdrawiam
-
innan:
Przyznać trzeba, że linia 175 może być dla turysty koszmarem. Poza tym jest w porządku :)
-
chryzantema: dlatego, bo jest zatłoczona, ale na takiej trasie czemu się dziwić :/ i tak wielki szacun, że są w niej napisy po angielsku.
jeszcze nie tak dawno pisałam, jak to mi źle, że chcę wracać, że co mi strzeliło do głowy z tym wyjazdem.
po dwóch dniach spędzonych w Warszawie jestem pewna, że chciałabym przedłużyć Erasmusa. na dodatek chcę już wracać do Catanii.
Bee powiedziała: "tak to jest z nami, biedaczkami przerzucanymi z kraju do kraju z dnia na dzień". ale to chyba nie to. już od kilku tygodni myśl o powrocie do domu nie sprawiała mi większej radości... nie rozumiem, dlaczego. jestem w kraju, który kocham, wśród ludzi, których kocham. a niesamowicie tęsknię za tą obcą wyspą, za osobami, z którymi niewiele mnie łączy. czuję, że tutaj, w Polsce, nie trzyma mnie prawie nic. może to tylko złudzenie, które szybko minie, gdy przyzwyczaję się z powrotem do słyszanego wszędzie polskiego, do tych syberyjskich temperatur (szok termiczny, zmiana z +13 na -13 stopni NIE jest przyjemna), do cywilizacji, do rodziców.
wynarodowiłam się chyba.
jeszcze tylko dwa tygodnie.
po dwóch dniach spędzonych w Warszawie jestem pewna, że chciałabym przedłużyć Erasmusa. na dodatek chcę już wracać do Catanii.
Bee powiedziała: "tak to jest z nami, biedaczkami przerzucanymi z kraju do kraju z dnia na dzień". ale to chyba nie to. już od kilku tygodni myśl o powrocie do domu nie sprawiała mi większej radości... nie rozumiem, dlaczego. jestem w kraju, który kocham, wśród ludzi, których kocham. a niesamowicie tęsknię za tą obcą wyspą, za osobami, z którymi niewiele mnie łączy. czuję, że tutaj, w Polsce, nie trzyma mnie prawie nic. może to tylko złudzenie, które szybko minie, gdy przyzwyczaję się z powrotem do słyszanego wszędzie polskiego, do tych syberyjskich temperatur (szok termiczny, zmiana z +13 na -13 stopni NIE jest przyjemna), do cywilizacji, do rodziców.
wynarodowiłam się chyba.
jeszcze tylko dwa tygodnie.
-
Miss Moneypenny: O, i bardzo dobrze, że cały wpis o tym powstał, bo mogę się na ponad te nędzne 160 znaków wypowiedzieć, a chyba mam co, bo rozumiem Cię doskonale. Tak, masz rację, to tylko wrażenie. Tyle, że tak silne, że ja się z niego wyrwałam po dwóch miesiącach od powrotu do domu dopiero. Od zapewne paru ładnych lat mieszkasz w Polsce i to, co tu się dzieje znasz i poza małymi wydarzonkami, jak np. blipiwo wielkie ;), niewiele Cię tu zaskakuje. To czasem bywa synonimem bezpieczeństwa ale i nudy. Ci sami ludzie, te same miejsca, znasz to od lat. Znajomych masz na skypie, blipie czy tu, w komentarzach. A tamto zapewne jest inne. Choć znane od kilku tygodni to jednak mniej niż całe życie, a zarazem dostatecznie długo by powstały relacje z ludźmi i miejscami. To się dziwnie tłumaczy bo i dziwnie się czuje. Ale minie. Jak wrócisz to tylko będziesz czasem tęsknić. I znarodowisz się na powrót. Więc nie martw się, bo to naturalne. ... też chciałam zostać. Ustawić się, znaleźć szkołę, pracę. ;))
-
Aleksandra:
dzisiaj już znacznie cieplej :)
ponieważ kolejna osoba pyta mnie o trzęsienia ziemi odpowiadam:
nie, u mnie trzęsienia nie było. wstrząsy miały miejsce w Umbrii (daleko na północ od Sycylii). my wczoraj mieliśmy oberwanie chmury i taką burzę, że wszystkie alarmy się włączały. nie wystawiłam nawet nosa za drzwi (nie licząc porannych zajęć, gdy jeszcze świeciło słońce). dzisiaj zaś, będąc już kilka minut od domu, złapała mnie taka ulewa, że wróciłam OCIEKAJĄC wodą. spodnie suszą mi się już z dwanaście godzin (nie przesadzam). pieprzona Afryka.
za to Sycylijczycy nie gęsi i swoje katastrofy mają: wczoraj w okolicach Catanii przeszła trąba powietrzna. jedna osoba nie żyje, kilka innych rannych. pod miastem znajduje się baza marynarki wojennej, Sigonella - zerwało dach z hangaru. jeśli coś na tej wyspie nie jest doszczętnie zniszczone, to właśnie Sigonella, także wiatr musiał być naprawdę silny. znajomy, która mieszka w Motta Sant'Anastasia (miasteczko położone 9km od Catanii), nie spał całą noc - tam też fruwały dachy, poprzewracało drzewa, możliwe, że również doszło do uszkodzenia gazociągów.
wesoło, czyż nie?
choć chyba i tak wolę tropikalne niemal efekty specjalne od śniegu i "zima zaskoczyła drogowców".
(link do artykułu: quotidianonet.ilsole24ore.com/(…)271238-catania_tro… )
nie, u mnie trzęsienia nie było. wstrząsy miały miejsce w Umbrii (daleko na północ od Sycylii). my wczoraj mieliśmy oberwanie chmury i taką burzę, że wszystkie alarmy się włączały. nie wystawiłam nawet nosa za drzwi (nie licząc porannych zajęć, gdy jeszcze świeciło słońce). dzisiaj zaś, będąc już kilka minut od domu, złapała mnie taka ulewa, że wróciłam OCIEKAJĄC wodą. spodnie suszą mi się już z dwanaście godzin (nie przesadzam). pieprzona Afryka.
za to Sycylijczycy nie gęsi i swoje katastrofy mają: wczoraj w okolicach Catanii przeszła trąba powietrzna. jedna osoba nie żyje, kilka innych rannych. pod miastem znajduje się baza marynarki wojennej, Sigonella - zerwało dach z hangaru. jeśli coś na tej wyspie nie jest doszczętnie zniszczone, to właśnie Sigonella, także wiatr musiał być naprawdę silny. znajomy, która mieszka w Motta Sant'Anastasia (miasteczko położone 9km od Catanii), nie spał całą noc - tam też fruwały dachy, poprzewracało drzewa, możliwe, że również doszło do uszkodzenia gazociągów.
wesoło, czyż nie?
choć chyba i tak wolę tropikalne niemal efekty specjalne od śniegu i "zima zaskoczyła drogowców".
(link do artykułu: quotidianonet.ilsole24ore.com/(…)271238-catania_tro… )
-
gość:
o fuck O.o
Ty, a ja myślałam, że Ty sobie na wakacje jedziesz w najbezpieczniejsze miejsce świata - od Etny kawał, to co się innego może stać?
-
gość:
to pisałam ja, oczywiście
-
mojedrugieja:
mojedrugieja znaczy :P cholerny pinger.
w ramach spóźnionego prezentu urodzinowego postanowiłam na długi weekend (8 grudnia, który wypadał we wtorek, jest dniem wolnym od pracy) pojechać do wspomnianego już wcześniej G. do Florencji. miałam tam spędzić zeszłoroczne wakacje, jednakże z powodów finansowych zdecydowałam się na Rzym, także po otrzymaniu zaproszenia i przekalkulowaniu kosztów ruszyłam w drogę.
miło zaskoczyły mnie włoskie koleje. podróż z Catanii do Florencji trwa, bagatela, 13,5 godziny, ale kuszetki spisały się dobrze. zaopatrzono nas w pościel i poduszki i przeżyłam te 1000km bez większych niedogodności - na tyle, na ile się da spać wygodnie w pociągu.
Florencja zaskoczyła mnie chłodem. jednak kilka miesięcy w temperaturach niemal afrykańskich (nawet wczoraj w ciągu dnia było tutaj 20 stopni) sprawiło, że północny chłód odczuwam bardzo dotkliwie. prawdopodobnie przyjazd do Polski będzie się wiązał z szokiem termicznym (rany, to już za 9 dni!).
G. mieszkał w Fiesole, sympatycznej mieścince pod Florencją, ze szczytu której rozciąga się przepiękny widok. znajduje się też tam stary teatr rzymski oraz muzeum.
w samej Florencji dziki tłum ludzi. wieczorem w centrum nie dało się normalnie spacerować z powodu ciągłych fal turystów. uroki długiego weekendu. trzeba przyznać, że miasto wygląda uroczo - przyozdobione świątecznymi światełkami przypominało mi, o dziwo, Nowy Świat i Krakowskie Przedmieście. ot, nostalgia.
w te 4 dni zdążyłam zobaczyć naprawdę sporo - Uffizi, Galleria dell'Accademia, Duomo wraz z Battistero i Campanile di Giotto oraz zeszłam na piechotę pół miasta. to, co mnie zaskoczyło: ceny jak z kosmosu. dla porównania, w Catanii za kilo pomidorów (i to świetnych, soczystych, pysznych) płacę euro. we Florencji w supermarkecie coś, co od biedy można nazwać pomidorami, kosztuje 2,39 euro. tak samo wejścia do muzeów. całe szczęście, że w większości z nich osoby poniżej 25 roku życia mają zniżkę, inaczej nie chcę nawet sobie wyobrażać, ile bym zapłaciła.
pane toscano (chleb wypiekany w Toskanii i Umbrii, ze względów historycznych, a także z powodu specyfiki tamtejszej kuchni, nie zawiera soli) jest rzeczywiście niesmaczny. ogólnie rzadko gdzie we Włoszech smakuje mi chleb (jednak Polska to Polska), ale tamten naprawdę nie był dobry. za to jedzenie całkiem, całkiem.
w drodze powrotnej trafiłam na dość specyficzną towarzyszkę podróży. starsza pani, odpowiednik naszego mohera, prowadziła ze mną ożywioną dyskusję na wszelkie możliwe tematy. przez trzy godziny opowiedziałam jej skróconą historię rozbiorów i PRLu, a ona, gdy usłyszała, że jestem ateistką, próbowała mi pokazać, że wiara jest jedyną słuszną drogą życiową. po długim czasie jej słowa nawet nabierały sensu, choć włoskiego Radia Maria słuchać nie będę i tak
jednak pani chyba nie liczy na moje nawrócenie, zwłaszcza po tym, jak powiedziałam, że dopuszczam małżeństwa homoseksualistów... co odróżniało ją od naszych moherów, to bardzo niski, wręcz zerowy poziom agresji. dodatkowo, według jej słów, Radio Maria nie jest we Włoszech upolitycznione, tylko zachowuje obiektywizm. ciekawe, czy rzeczywiście tak jest.
a co najbardziej mnie zdziwiło?
Florencja jest piękna, spędziłam miło czas w towarzystwie G., spotkałam się z K., która jest tam na Erasmusie, zobaczyłam naprawdę dużo... ale w te 4 dni stęskniłam się za Catanią. wyglądałam z okien pociągu i widząc tę spaloną słońcem ziemię, błękitne morze, korki, trąbiących do upadłego kierowców - uśmiechałam się do siebie. zgrzana wpadłam do domu, porozmawiałam z Lydią i Fabiami i cieszyłam się, że jestem u siebie. wieczorem spotkałam się z całą ferajną, poszliśmy do jednego z naszych ulubionych pubów - Fondo Bianco, wypiliśmy na koszt lokalu po 3 shoty żubrówki (Polish Alcoholics!) plus doprawiliśmy się drinkami i byłam radosna, że mogę z tymi nie do końca normalnymi ludźmi przebywać, wtrącając wyrażenia z dialektu, które tutaj są rozumiane przez wszystkich, a także mówić z katańską kadencją, przeciągając słowa, i nie być wyśmiewaną.
doszłam nawet do wniosku, że gdybym miała pieniądze, zostałabym tu na długi semestr. wizja rocznych wakacji kusi, ale obowiązki wzywają...
miło zaskoczyły mnie włoskie koleje. podróż z Catanii do Florencji trwa, bagatela, 13,5 godziny, ale kuszetki spisały się dobrze. zaopatrzono nas w pościel i poduszki i przeżyłam te 1000km bez większych niedogodności - na tyle, na ile się da spać wygodnie w pociągu.
Florencja zaskoczyła mnie chłodem. jednak kilka miesięcy w temperaturach niemal afrykańskich (nawet wczoraj w ciągu dnia było tutaj 20 stopni) sprawiło, że północny chłód odczuwam bardzo dotkliwie. prawdopodobnie przyjazd do Polski będzie się wiązał z szokiem termicznym (rany, to już za 9 dni!).
G. mieszkał w Fiesole, sympatycznej mieścince pod Florencją, ze szczytu której rozciąga się przepiękny widok. znajduje się też tam stary teatr rzymski oraz muzeum.
w samej Florencji dziki tłum ludzi. wieczorem w centrum nie dało się normalnie spacerować z powodu ciągłych fal turystów. uroki długiego weekendu. trzeba przyznać, że miasto wygląda uroczo - przyozdobione świątecznymi światełkami przypominało mi, o dziwo, Nowy Świat i Krakowskie Przedmieście. ot, nostalgia.
w te 4 dni zdążyłam zobaczyć naprawdę sporo - Uffizi, Galleria dell'Accademia, Duomo wraz z Battistero i Campanile di Giotto oraz zeszłam na piechotę pół miasta. to, co mnie zaskoczyło: ceny jak z kosmosu. dla porównania, w Catanii za kilo pomidorów (i to świetnych, soczystych, pysznych) płacę euro. we Florencji w supermarkecie coś, co od biedy można nazwać pomidorami, kosztuje 2,39 euro. tak samo wejścia do muzeów. całe szczęście, że w większości z nich osoby poniżej 25 roku życia mają zniżkę, inaczej nie chcę nawet sobie wyobrażać, ile bym zapłaciła.
pane toscano (chleb wypiekany w Toskanii i Umbrii, ze względów historycznych, a także z powodu specyfiki tamtejszej kuchni, nie zawiera soli) jest rzeczywiście niesmaczny. ogólnie rzadko gdzie we Włoszech smakuje mi chleb (jednak Polska to Polska), ale tamten naprawdę nie był dobry. za to jedzenie całkiem, całkiem.
w drodze powrotnej trafiłam na dość specyficzną towarzyszkę podróży. starsza pani, odpowiednik naszego mohera, prowadziła ze mną ożywioną dyskusję na wszelkie możliwe tematy. przez trzy godziny opowiedziałam jej skróconą historię rozbiorów i PRLu, a ona, gdy usłyszała, że jestem ateistką, próbowała mi pokazać, że wiara jest jedyną słuszną drogą życiową. po długim czasie jej słowa nawet nabierały sensu, choć włoskiego Radia Maria słuchać nie będę i tak
jednak pani chyba nie liczy na moje nawrócenie, zwłaszcza po tym, jak powiedziałam, że dopuszczam małżeństwa homoseksualistów... co odróżniało ją od naszych moherów, to bardzo niski, wręcz zerowy poziom agresji. dodatkowo, według jej słów, Radio Maria nie jest we Włoszech upolitycznione, tylko zachowuje obiektywizm. ciekawe, czy rzeczywiście tak jest.a co najbardziej mnie zdziwiło?
Florencja jest piękna, spędziłam miło czas w towarzystwie G., spotkałam się z K., która jest tam na Erasmusie, zobaczyłam naprawdę dużo... ale w te 4 dni stęskniłam się za Catanią. wyglądałam z okien pociągu i widząc tę spaloną słońcem ziemię, błękitne morze, korki, trąbiących do upadłego kierowców - uśmiechałam się do siebie. zgrzana wpadłam do domu, porozmawiałam z Lydią i Fabiami i cieszyłam się, że jestem u siebie. wieczorem spotkałam się z całą ferajną, poszliśmy do jednego z naszych ulubionych pubów - Fondo Bianco, wypiliśmy na koszt lokalu po 3 shoty żubrówki (Polish Alcoholics!) plus doprawiliśmy się drinkami i byłam radosna, że mogę z tymi nie do końca normalnymi ludźmi przebywać, wtrącając wyrażenia z dialektu, które tutaj są rozumiane przez wszystkich, a także mówić z katańską kadencją, przeciągając słowa, i nie być wyśmiewaną.
doszłam nawet do wniosku, że gdybym miała pieniądze, zostałabym tu na długi semestr. wizja rocznych wakacji kusi, ale obowiązki wzywają...
-
frugooosek: jak Ci diametralnie potrafia zmienic sie poglady :) ale przeciez wiadomo bylo , ze katania nie moze byc taka zla:D i z jakiej okazji szoty na koszt lokalu?!
-
chryzantema: wiesz, jak ma się znajomych, którzy mają znajomych... :>
-
nevamarja:
13,5 godziny, kuszetka... Znając siebie, spałabym jak zabita. ;-) [Sypiam jak zabita w dużo mniej komfortowych warunkach]. Co do wystroju florenckich ulic, miałam takie samo skojarzenie - Kochany Nowy Świat. :-) A ta Pani to jednak nie moher, lecz urodzony prawicowiec. Kiedyś mi się wydawało, że prawica i wojujący fanatyzm to niemal jedno i to samo. Tak było dopóki nie poznałam (w Polsce zresztą) pewnego konserwatysty z zasadami, w którym również nie ma za grosz agresji. A jednak się da, dzięki Bogu! ;-)) ;-P
niedziela, wczesna pobudka, bo do 11 trzeba opuścić hotel. wrzucamy mokre ręczniki do walizek, dziewczyny kichają i prychają, ja niewyspana i na lekkim kacu. idziemy do specjalnie przygotowanego pokoju - pociąg mamy po południu, wymeldować się z hotelu trzeba, a musimy gdzieś torby zostawić. zamknięte, szukamy więc kolegów z ESN. pukamy, po dłuższej chwili otwiera nam zombie, koszmar minionej nocy, rzuca klucz i pada z powrotem nieżywy na łóżko. w tym momencie w mej głowie rodzi się szatański plan...
dostaję sms od G., czy - o ile żyjemy po imprezie - chciałybyśmy przejechać się do Willi Hadriana. jasne! około 13 się spotykamy, dziewczyny informują mnie, że idą spać, także na mnie spoczywa obowiązek zabawiania kierowcy. rewelacja. powstrzymuję opadające powieki słuchając właśnie otrzymanej w prezencie płyty z włoskimi piosenkami ze starych anime. swoją drogą uważam, że te seriale, puszczane w latach 90. na Polonii 1, z włoskim dubbingiem, są przyczyną mojej italianistycznej fiksacji, wdrukowały mi się w podświadomość
w końcu, dzięki pomocy GPSa, dojeżdżamy do Tivoli, gdzie mieści się niegdysiejsza letnia rezydencja cesarza Hadriana, obecnie wspaniałe wykopaliska archeologiczne. cisza, spokój, zieleń - tego mi było trzeba po szalonym weekendzie. zdjęcia poniżej
po południu my mamy pociąg do Catanii, G. do Florencji. pożegnanie, małe zakupy, kebab. spotykamy wesołą kompanię. Polacy wyspani i zadowoleni po całym dniu zwiedzania, Włosi i Hiszpanie z oczami na zapałki i miną "nie oddychaj tak głośno, mam kaca". wtedy właśnie dzielę się z rodakami swym genialnym pomysłem. skoro Południowcy wrócili około 4 czy 5 rano i teraz planują spać w pociągu, my, mówiąc poetycko, zrobimy im z dup jesień średniowiecza i się zemścimy.
jak zaplanowaliśmy, tak żeśmy uczynili. ukradliśmy jednemu z Włochów megafon i uzbrojeni w gwizdki, wino oraz słowiańskie płuca odśpiewaliśmy wszystko, co tylko nam przyszło do głowy. będę brał cię w aucie, jedzie pociąg z daleka, hej sokoły, Małgośka mówią mi, konik na biegunach, Rotę, jestem Bogiem, we will rock you i wiele, wiele innych. dodatkowo tupaliśmy, waliliśmy pięściami w ściany przedziałów, głównie tam, gdzie siedziały najbardziej upierdliwe Hiszpanki. mina jednej z nich, gdy stanęła w odległości 15cm od mojej twarzy i nabluzgała mi (prawdopodobnie, bo nie zrozumiałam ani słowa) po hiszpańsku - bezcenna. dodatkowo w 10 osób zrobiliśmy większy burdel niż kilkadziesiąt Hiszpańców i Włoszczurów razem wziętych, aż chciano nas wyrzucić z pociągu. Polskaaaa, biało-czerwoni! zemsta jest słodka.
poniedziałek rano, słodka Catania.
trzy dni, a zmieniło się mnóstwo. odżyłam, odzyskałam chęć do życia, przynajmniej w części.
i mogę wrócić do opisywania Sycylii
dostaję sms od G., czy - o ile żyjemy po imprezie - chciałybyśmy przejechać się do Willi Hadriana. jasne! około 13 się spotykamy, dziewczyny informują mnie, że idą spać, także na mnie spoczywa obowiązek zabawiania kierowcy. rewelacja. powstrzymuję opadające powieki słuchając właśnie otrzymanej w prezencie płyty z włoskimi piosenkami ze starych anime. swoją drogą uważam, że te seriale, puszczane w latach 90. na Polonii 1, z włoskim dubbingiem, są przyczyną mojej italianistycznej fiksacji, wdrukowały mi się w podświadomość

w końcu, dzięki pomocy GPSa, dojeżdżamy do Tivoli, gdzie mieści się niegdysiejsza letnia rezydencja cesarza Hadriana, obecnie wspaniałe wykopaliska archeologiczne. cisza, spokój, zieleń - tego mi było trzeba po szalonym weekendzie. zdjęcia poniżej

po południu my mamy pociąg do Catanii, G. do Florencji. pożegnanie, małe zakupy, kebab. spotykamy wesołą kompanię. Polacy wyspani i zadowoleni po całym dniu zwiedzania, Włosi i Hiszpanie z oczami na zapałki i miną "nie oddychaj tak głośno, mam kaca". wtedy właśnie dzielę się z rodakami swym genialnym pomysłem. skoro Południowcy wrócili około 4 czy 5 rano i teraz planują spać w pociągu, my, mówiąc poetycko, zrobimy im z dup jesień średniowiecza i się zemścimy.
jak zaplanowaliśmy, tak żeśmy uczynili. ukradliśmy jednemu z Włochów megafon i uzbrojeni w gwizdki, wino oraz słowiańskie płuca odśpiewaliśmy wszystko, co tylko nam przyszło do głowy. będę brał cię w aucie, jedzie pociąg z daleka, hej sokoły, Małgośka mówią mi, konik na biegunach, Rotę, jestem Bogiem, we will rock you i wiele, wiele innych. dodatkowo tupaliśmy, waliliśmy pięściami w ściany przedziałów, głównie tam, gdzie siedziały najbardziej upierdliwe Hiszpanki. mina jednej z nich, gdy stanęła w odległości 15cm od mojej twarzy i nabluzgała mi (prawdopodobnie, bo nie zrozumiałam ani słowa) po hiszpańsku - bezcenna. dodatkowo w 10 osób zrobiliśmy większy burdel niż kilkadziesiąt Hiszpańców i Włoszczurów razem wziętych, aż chciano nas wyrzucić z pociągu. Polskaaaa, biało-czerwoni! zemsta jest słodka.
poniedziałek rano, słodka Catania.
trzy dni, a zmieniło się mnóstwo. odżyłam, odzyskałam chęć do życia, przynajmniej w części.
i mogę wrócić do opisywania Sycylii
-
Lajcik:
ja poprosze wersje elektroniczna tej plyty :)
-
chryzantema: tylko 4 kawałki niestety są, ale mogę Ci przesłać, albo podpytam G., czy nie ma tego szajsu więcej, będę teraz u niego na długi weekend :)
-
frugooosek: ,kurwa, czemu mam Cie zablokowana?! btw. gratuluje pomyslu na zemste, osobiscie balabym sie , delikatnie mowiac, wypierdolenia z wagonu:D
w sobotę wstajemy wcześnie rano na "śniadanie" - kawę, herbatę, zleżałą bułkę, odrobinę dżemu i nutelli, by potem znowu położyć się spać. nie na długo jednak, gdyż o 13 - spotkanie na Piazza Navona i wszyscy razem, jak jeden erasmusowy mąż, mamy iść na obiad. o lunchu przypomina dodatkowo sms od Pingwina, maskotki wyjazdu (wtf?). oczywiście można było się spodziewać, że na czas będą tylko Polacy. plotkujemy, odnajduję P. i jego znajomych z Mediolanu, tłumek się zwiększa, ale naszych katańskich przyjaciół wciąż nie ma. przed 14 dzwonię do najbardziej rozgarniętego kolegi z ESN: "no właśnie wyszliśmy z hotelu. nie, ten obiad nie jest fundowany przez ESN, nie ma też żadnych zniżek, po prostu narodził się pomysł wspólnego posiłku spożytego przez studentów z całego kraju". zmełłam w ustach przekleństwo i komentarz "gdzie my byśmy się wszyscy pomieścili tak czy siak" i wraz z P. udaliśmy się na pożywny, tradycyjny rzymski lunch w restauracji innej niż wszystkie. buzi, do zobaczenia wieczorem na FLUO PARTY.
o godzinie 15 planowana jest wycieczka po mieście z przewodnikiem. punkt startu: Campo de' Fiori. czekamy i czekamy, a wesołej kompanii jak nie było, tak nie ma. kolejny telefon - są przy Fontana di Trevi, idą w naszą stronę. żesz. ruszamy więc, by spotkać się z nimi w połowie drogi. potem idziemy wszyscy razem na Piazza Venezia... tylko gdzie ten przewodnik? nie ma, dołączy później. siedzimy przed obrzydliwym budynkiem, będącym niegdyś rezydencją Mussoliniego, i debatujemy, czy idziemy zobaczyć getto czy Koloseum. staje na Koloseum, które... miało być otwarte do wieczora, ale jednak nie jest. wszyscy wkurzeni. przewodnik wciąż pozostaje tylko obietnicą ("idźmy teraz na Fori Imperiali, tam ma do nas dobić!"). z dziewczynami pasujemy, wybieramy (tzn. ja i tak miałam to zrobić, ale one decydują się zostać ze mną) spotkanie z moim znajomym, G., który akurat przyjechał do miasta. w końcu, po przedarciu się przez rzymskie korki, zjawia się G., a my ruszamy w stronę Schodów Hiszpańskich, gdzie czeka gromada polskich koleżanek. razem postanawiamy iść do pewnej knajpy na Trastevere, także rozdzielamy się: dziewczęta wsiadają w metro, a my w czwórkę w toyotę (o niej potem) i ruszamy. w samochodzie wymieniamy uwagi na temat różnic w prowadzeniu auta w Catanii i Rzymie ("to jest jednokierunkowa ulica!" - "no to co, wjedź w nią, u nas wszyscy tak robią..." - "nie jesteśmy już w Afryce."). docieramy na Trastevere, szukamy miejsca do parkowania... ledwo wyczuwalne przeczucie, że coś tu nie gra. w końcu udaje się znaleźć miejscówkę. ledwie wysiadamy z samochodu zauważamy, że z drzew COŚ leci. pada? tak, gówno pada, epidemia szalonych gołębi srających na wszystko, co się nawinie. ptasie odchody kapią na dachy aut z intensywnością gradu, dostaje się też G. i chyba K. cóż, podobno to przynosi szczęście, ja - niestety? - nie zostałam upiększona.
w połowie drogi G. cofa się, by zapłacić za parking, my spotykamy dziewczyny, szturmem zdobywamy knajpę i prawie wszystkie zamawiamy "pizza menu" - ciabatta na przystawkę, pizza, deser i kawa, a wszystko za jedyne 10 euro. dołącza G., jak zwykle wytwarza się podział na parlających i mówiących. uczcie się dzieci języków. po kolacji K. i M. zaczynają narzekać na coraz gorsze samopoczucie (prawdopodobnie spowodowane bieganiem po nocy po pokładzie statku, którym płynęłyśmy z Sycylii na ląd, swoją drogą ciekawe przeżycie, gdy pociąg wjeżdża na statek
). G. proponuje jednak, że zabierze nas w jedno miejsce, o ile oczywiście mamy ochotę. na szczęście (zadziałała też moja siła perswazji) się zgodziłyśmy. Zodiaco to restauracja znajdująca się na wysokości 139 m oraz, potocznie, przepiękny punkt widokowy. panorama Rzymu nocą zapiera dech w piersiach (zamieszczam zdjęcie z serwisu panoramio.com, fotografie mojego autorstwa są bardzo słabe).
G. odwozi nas do hotelu swoją toyotą, przyozdobioną gustownie w ptasie odchody, K. decyduje się zostać w domu i gorączkować w spokoju, ja namawiam M. na wyjście.
przed klubem, mimo że innym niż dnia poprzedniego, podobny obrazek. wbijamy do środka nie pijąc przed dyskoteką, gdyż zaraz przestają wpuszczać, ale udaje mi się przemycić wino w torebce (praktyka z tych wszystkich koncertów i festiwali, na których byłam, 'cause I got game, bitches). impreza, jak już wcześniej wspomniałam, ma motyw przewodni FLUORESCENCJA, także malujemy sobie świecącymi w ciemności farbkami "Catania" na ramionach i ruszamy w tany. w środku spotykam P. i wszystkich ziomów. klub ma dwa piętra, które jednak specjalnie nie różnią się pod względem proponowanej muzyki. szalejemy, robimy sobie fotki tańcząc kusząco na rurach (biorąc przykład z gwiazd naszej klasy i fotki), w końcu około trzeciej w nocy uciekamy, znajdujemy nocny jadący w stronę Termini, hotel, łóżko, spać.
przed nami niedziela i powrót do domu...
o godzinie 15 planowana jest wycieczka po mieście z przewodnikiem. punkt startu: Campo de' Fiori. czekamy i czekamy, a wesołej kompanii jak nie było, tak nie ma. kolejny telefon - są przy Fontana di Trevi, idą w naszą stronę. żesz. ruszamy więc, by spotkać się z nimi w połowie drogi. potem idziemy wszyscy razem na Piazza Venezia... tylko gdzie ten przewodnik? nie ma, dołączy później. siedzimy przed obrzydliwym budynkiem, będącym niegdyś rezydencją Mussoliniego, i debatujemy, czy idziemy zobaczyć getto czy Koloseum. staje na Koloseum, które... miało być otwarte do wieczora, ale jednak nie jest. wszyscy wkurzeni. przewodnik wciąż pozostaje tylko obietnicą ("idźmy teraz na Fori Imperiali, tam ma do nas dobić!"). z dziewczynami pasujemy, wybieramy (tzn. ja i tak miałam to zrobić, ale one decydują się zostać ze mną) spotkanie z moim znajomym, G., który akurat przyjechał do miasta. w końcu, po przedarciu się przez rzymskie korki, zjawia się G., a my ruszamy w stronę Schodów Hiszpańskich, gdzie czeka gromada polskich koleżanek. razem postanawiamy iść do pewnej knajpy na Trastevere, także rozdzielamy się: dziewczęta wsiadają w metro, a my w czwórkę w toyotę (o niej potem) i ruszamy. w samochodzie wymieniamy uwagi na temat różnic w prowadzeniu auta w Catanii i Rzymie ("to jest jednokierunkowa ulica!" - "no to co, wjedź w nią, u nas wszyscy tak robią..." - "nie jesteśmy już w Afryce."). docieramy na Trastevere, szukamy miejsca do parkowania... ledwo wyczuwalne przeczucie, że coś tu nie gra. w końcu udaje się znaleźć miejscówkę. ledwie wysiadamy z samochodu zauważamy, że z drzew COŚ leci. pada? tak, gówno pada, epidemia szalonych gołębi srających na wszystko, co się nawinie. ptasie odchody kapią na dachy aut z intensywnością gradu, dostaje się też G. i chyba K. cóż, podobno to przynosi szczęście, ja - niestety? - nie zostałam upiększona.
w połowie drogi G. cofa się, by zapłacić za parking, my spotykamy dziewczyny, szturmem zdobywamy knajpę i prawie wszystkie zamawiamy "pizza menu" - ciabatta na przystawkę, pizza, deser i kawa, a wszystko za jedyne 10 euro. dołącza G., jak zwykle wytwarza się podział na parlających i mówiących. uczcie się dzieci języków. po kolacji K. i M. zaczynają narzekać na coraz gorsze samopoczucie (prawdopodobnie spowodowane bieganiem po nocy po pokładzie statku, którym płynęłyśmy z Sycylii na ląd, swoją drogą ciekawe przeżycie, gdy pociąg wjeżdża na statek
). G. proponuje jednak, że zabierze nas w jedno miejsce, o ile oczywiście mamy ochotę. na szczęście (zadziałała też moja siła perswazji) się zgodziłyśmy. Zodiaco to restauracja znajdująca się na wysokości 139 m oraz, potocznie, przepiękny punkt widokowy. panorama Rzymu nocą zapiera dech w piersiach (zamieszczam zdjęcie z serwisu panoramio.com, fotografie mojego autorstwa są bardzo słabe).G. odwozi nas do hotelu swoją toyotą, przyozdobioną gustownie w ptasie odchody, K. decyduje się zostać w domu i gorączkować w spokoju, ja namawiam M. na wyjście.
przed klubem, mimo że innym niż dnia poprzedniego, podobny obrazek. wbijamy do środka nie pijąc przed dyskoteką, gdyż zaraz przestają wpuszczać, ale udaje mi się przemycić wino w torebce (praktyka z tych wszystkich koncertów i festiwali, na których byłam, 'cause I got game, bitches). impreza, jak już wcześniej wspomniałam, ma motyw przewodni FLUORESCENCJA, także malujemy sobie świecącymi w ciemności farbkami "Catania" na ramionach i ruszamy w tany. w środku spotykam P. i wszystkich ziomów. klub ma dwa piętra, które jednak specjalnie nie różnią się pod względem proponowanej muzyki. szalejemy, robimy sobie fotki tańcząc kusząco na rurach (biorąc przykład z gwiazd naszej klasy i fotki), w końcu około trzeciej w nocy uciekamy, znajdujemy nocny jadący w stronę Termini, hotel, łóżko, spać.
przed nami niedziela i powrót do domu...
-
olaszka: to czekanie zawsze okropnie działało mi na nerwy...
-
chryzantema: po pewnym czasie człowiek się przyzwyczaja, ale nie znaczy, że przestaje wkurzać :)
-
olaszka: hehehe. ja nigdy nie zapomne motywu z bilardem i czekania w arkadii...
personal note.
uprasza się użytkownika Pawła Bośniaka (jeśli dobrze pamiętam), używającego nicka "pbos", o zabranie swojego tyłka z mojego bloga.
nie interesują mnie twoje komentarze, twoja osoba, nic związanego z tobą, co wyraźnie dałam znać ignorując cię na blipie. oczywiście, jak przystało na kogoś, kto nie rozumie słowa "NIE", śledzisz mnie na blipie, blogu, youtubie i bóg jeden raczy wiedzieć, gdzie jeszcze. mam tego po dziurki w nosie. nie wyłączę możliwości komentowania wpisów przez osoby niezalogowane tylko przez ciebie, więc lojalnie ostrzegam, że każdy następny wpis twojego autorstwa będzie kasowany.
odczep się w końcu ode mnie i zajmij się swoimi sprawami.
uprasza się użytkownika Pawła Bośniaka (jeśli dobrze pamiętam), używającego nicka "pbos", o zabranie swojego tyłka z mojego bloga.
nie interesują mnie twoje komentarze, twoja osoba, nic związanego z tobą, co wyraźnie dałam znać ignorując cię na blipie. oczywiście, jak przystało na kogoś, kto nie rozumie słowa "NIE", śledzisz mnie na blipie, blogu, youtubie i bóg jeden raczy wiedzieć, gdzie jeszcze. mam tego po dziurki w nosie. nie wyłączę możliwości komentowania wpisów przez osoby niezalogowane tylko przez ciebie, więc lojalnie ostrzegam, że każdy następny wpis twojego autorstwa będzie kasowany.
odczep się w końcu ode mnie i zajmij się swoimi sprawami.
-
Aleks.:
kochana, to może się jednak zalogujemy?
przeczytałam komentarz tego pana z poprzedniego wpisu i oniemiałam
normalnie masz swojego Coelho ;))
-
chryzantema: Ola, nie, już kasuję wpisy tego delikwenta.
po uprzednim zaopatrzeniu się w aptece w środki przeciwbólowo-rozkurczające (główny składnik: belladonna, znana powszechnie jako wilcza jagoda...) i spakowaniu się dobiłyśmy z dziewczynami na stację Catania Centrale. na miejscu masa, po prostu MASA Hiszpanów. znak równie zły, a nawet gorszy od czarnego kota przebiegającego drogę. przed wejściem do pociągu czytanie listy przez - tak, dobrze widzę - megafony. małe megafony na baterie, które dodatkowo miały wgraną melodyjkę "my heart will go on"...
po zapakowaniu nas do przedziałów (co wydawać by się mogło jest rzeczą dość prostą, ale Włochów z ESN i nierozgarniętych Hiszpanów prawie przerosło) ułożyłam się z Camillerim w dłoni i The Futureheads w słuchawkach, chcąc odespać wrażenie poprzedniej nocy, ale nie dane mi było. przez prawie całą drogę do Rzymu - 10 godzin, bagatela - moi kochani przyjaciele z kraju Zapatero (los ich pokarał takim premierem za bycie niedorozwiniętymi krzykaczami, amen), wspierani przez Włoszczurów biegali, darli mordy, krzyczeli przez megafon, puszczali "my heart...", tupali, walili pięściami w ściany przedziałów, gwizdali, śpiewali "yo soy español" oraz "alcoooool, alcooool". jeden z Polaków, nie pamiętam, kto (a może to Polka była) powiedział: "jestem złym człowiekiem, nienawidzę całej nacji...". nie on jeden, podobne opinie wygłaszali wszyscy Polacy (i nie tylko), których spotkałam w Rzymie. Hiszpanie są jak karaluchy: znajdziesz ich w każdym włoskim mieście, stanowią najliczniejszą grupę erasmusów, próbujesz ich tępić, ale oni się nie poddają.
po godzinie 6 wysiadamy w Rzymie i wszyscy przeżywamy szok termiczny. no cóż, w Catanii nie dalej jak w środę grzało na 27 stopni
nic to. wsiadamy w metro, dojeżdżamy do hotelu i - największy fail - zostawiamy jedynie bagaże, bo check in zaczyna się o godzinie 13. nasi wspaniali koledzy z ESN nie pomyśleli o tym wcześniej. nic to. jedziemy w okolice placu św. Piotra i rozdzielamy się, część idzie do Muzeów Watykańskich, część do bazyliki św. Piotra, a część w miasto. weszłam po raz pierwszy na samą kopułę bazyliki - przepiękna panorama Rzymu, zobaczyłam też groby papieży, czego w zeszłym roku nie udało mi się uczynić z powodu tłumu turystów. około południa uderzamy w kierunku hotelu, zgłodniałam, więc idę do kebab baru, flirtuję ze słodziutkim Egipcjaninem, który na moją prośbę nakłada mi duuuuuuużo pikantnego sosu, wszyscy się zbierają, dostajemy klucze do pokoi, idziemy się rozpakować, po południu jest planowana wycieczka (na którą, jak się później okazało, poszły dwie osoby, nic dziwnego, po takiej nocy), prysznic, SPAĆ.
hotel - miłe zaskoczenie, jednak ESN potrafi się postarać (jak chce) - małe (3-5 osobowe), schludne pokoje z łazienkami, śniadania w cenie, świetna lokalizacja: przy Termini, głównym rzymskim dworcu.
wieczorem pierwsza z erasmusowych imprez: Jungle Party. ubrane w motywy zwierzęce, z winem w kartonie, ruszamy wraz z hałaśliwą gromadą w stronę klubu... a właściwie w stronę parku przy bazylice św. Pawła za Murami, w celu odbycia tzw. botellón, po polsku bifor w terenie. część organizatorów kłóci się z resztą, grupa się rozpada, mnie w końcu udaje się namówić ludzi, byśmy szli w stronę dyskoteki, wiedząc, że czeka na mnie P., mój kumpel, obecnie na erasmusie w Mediolanie. dochodzimy do klubu, a to, co zobaczyłam przed wejściem przeszło moje wyobrażenia. setki, tysiące erasmusów wszelkich nacji (i kolejne nadjeżdżające autokary!) pijących każdy możliwy alkohol, całujących się, obmacujących, krzyczących, sikających. sodoma i gomora. współczuję ludziom mieszkającym w pobliżu, a jeszcze bardziej tym, którzy zostawili swoje samochody na placyku przed klubem...
odnajduję P., rzucamy się sobie w ramiona piszcząc jak małe dzieci, pijemy kolosalną ilość wina, narzekamy na Hiszpanów, w końcu przed 2 w nocy wbijamy do środka.
klub duży, trzy, a może cztery sale, w każdej inna muzyka. nie ma gdzie szpilki wetknąć, biegamy z sali do sali w poszukiwaniu wolnego powietrza, przekomarzając się, czy wolimy Beyonce czy house, a także uciekając przed K. badającą migdałki swojego nowego chłopaka, C. niestety, gdzieś po 4 rano M. zaczyna narzekać na złe samopoczucie i łapiącą ją grypę, także zostawiam P., razem z M., K. i C. znajdujemy nocny jadący na Termini i półmartwe padamy do łóżek.
tak mija pierwszy dzień w Rzymie...
po zapakowaniu nas do przedziałów (co wydawać by się mogło jest rzeczą dość prostą, ale Włochów z ESN i nierozgarniętych Hiszpanów prawie przerosło) ułożyłam się z Camillerim w dłoni i The Futureheads w słuchawkach, chcąc odespać wrażenie poprzedniej nocy, ale nie dane mi było. przez prawie całą drogę do Rzymu - 10 godzin, bagatela - moi kochani przyjaciele z kraju Zapatero (los ich pokarał takim premierem za bycie niedorozwiniętymi krzykaczami, amen), wspierani przez Włoszczurów biegali, darli mordy, krzyczeli przez megafon, puszczali "my heart...", tupali, walili pięściami w ściany przedziałów, gwizdali, śpiewali "yo soy español" oraz "alcoooool, alcooool". jeden z Polaków, nie pamiętam, kto (a może to Polka była) powiedział: "jestem złym człowiekiem, nienawidzę całej nacji...". nie on jeden, podobne opinie wygłaszali wszyscy Polacy (i nie tylko), których spotkałam w Rzymie. Hiszpanie są jak karaluchy: znajdziesz ich w każdym włoskim mieście, stanowią najliczniejszą grupę erasmusów, próbujesz ich tępić, ale oni się nie poddają.
po godzinie 6 wysiadamy w Rzymie i wszyscy przeżywamy szok termiczny. no cóż, w Catanii nie dalej jak w środę grzało na 27 stopni
nic to. wsiadamy w metro, dojeżdżamy do hotelu i - największy fail - zostawiamy jedynie bagaże, bo check in zaczyna się o godzinie 13. nasi wspaniali koledzy z ESN nie pomyśleli o tym wcześniej. nic to. jedziemy w okolice placu św. Piotra i rozdzielamy się, część idzie do Muzeów Watykańskich, część do bazyliki św. Piotra, a część w miasto. weszłam po raz pierwszy na samą kopułę bazyliki - przepiękna panorama Rzymu, zobaczyłam też groby papieży, czego w zeszłym roku nie udało mi się uczynić z powodu tłumu turystów. około południa uderzamy w kierunku hotelu, zgłodniałam, więc idę do kebab baru, flirtuję ze słodziutkim Egipcjaninem, który na moją prośbę nakłada mi duuuuuuużo pikantnego sosu, wszyscy się zbierają, dostajemy klucze do pokoi, idziemy się rozpakować, po południu jest planowana wycieczka (na którą, jak się później okazało, poszły dwie osoby, nic dziwnego, po takiej nocy), prysznic, SPAĆ.hotel - miłe zaskoczenie, jednak ESN potrafi się postarać (jak chce) - małe (3-5 osobowe), schludne pokoje z łazienkami, śniadania w cenie, świetna lokalizacja: przy Termini, głównym rzymskim dworcu.
wieczorem pierwsza z erasmusowych imprez: Jungle Party. ubrane w motywy zwierzęce, z winem w kartonie, ruszamy wraz z hałaśliwą gromadą w stronę klubu... a właściwie w stronę parku przy bazylice św. Pawła za Murami, w celu odbycia tzw. botellón, po polsku bifor w terenie. część organizatorów kłóci się z resztą, grupa się rozpada, mnie w końcu udaje się namówić ludzi, byśmy szli w stronę dyskoteki, wiedząc, że czeka na mnie P., mój kumpel, obecnie na erasmusie w Mediolanie. dochodzimy do klubu, a to, co zobaczyłam przed wejściem przeszło moje wyobrażenia. setki, tysiące erasmusów wszelkich nacji (i kolejne nadjeżdżające autokary!) pijących każdy możliwy alkohol, całujących się, obmacujących, krzyczących, sikających. sodoma i gomora. współczuję ludziom mieszkającym w pobliżu, a jeszcze bardziej tym, którzy zostawili swoje samochody na placyku przed klubem...
odnajduję P., rzucamy się sobie w ramiona piszcząc jak małe dzieci, pijemy kolosalną ilość wina, narzekamy na Hiszpanów, w końcu przed 2 w nocy wbijamy do środka.
klub duży, trzy, a może cztery sale, w każdej inna muzyka. nie ma gdzie szpilki wetknąć, biegamy z sali do sali w poszukiwaniu wolnego powietrza, przekomarzając się, czy wolimy Beyonce czy house, a także uciekając przed K. badającą migdałki swojego nowego chłopaka, C. niestety, gdzieś po 4 rano M. zaczyna narzekać na złe samopoczucie i łapiącą ją grypę, także zostawiam P., razem z M., K. i C. znajdujemy nocny jadący na Termini i półmartwe padamy do łóżek.
tak mija pierwszy dzień w Rzymie...
-
bursztynek: ojj jak dla mnie bomba ;) brava ragazza ;)
-
pbos:
Ola, biedna Ola, która nie da sobie pomóc tylko uparcie tkwi w swoim smutnym modelu i nie dopuszcza do niego żadnej zmiany... szkoda, bo tkwiąc cały czas w swoim świecie jak można dostać od życia cuś więcej? Otwarcie na ludzi i skoncentrowanie się na nich zamiast koncentracji na sobie to poznanie nowego świata, daje to masę nowych możliwości i jest szalenie podniecające. Tylko szkoda dla Ciebie, że do tego trzeba mieć jaja...
-
bursztynek: @pbos: a ty to z radia Maryja czy jak? bo pieprzysz bez składu jak oni- a tak na marginesie tobie jaj tez brakuje skoro swoje jakies niespełnione marzenia pokładasz w kobiecie. Moze jakies zastrzyki z testosteronu?
fanklub zaczął dopominać się nowych owoców mej twórczości, a że nie mogę zostać obojętna na życzenia czytelników, usiadłam przed monitorem i krzycząc "weno, ty dziwko, przybądź", staram się spłodzić świeżutką notkę.
namówiona przez koleżanki pojechałam do Rzymu na Incontro Culturale Erasmus. początkowo zastanawiałam się, po co właściwie tam się wybieram, skoro w zeszłym roku spędziłam w Wiecznym Mieście tydzień pod znakiem japońskiej turystki, tj. zwiedzanie i trzaskanie tysięcy fotografii. dobrze jednak, że zdecydowałam się na wycieczkę, bo jest o czym opowiadać, ale po kolei.
cały dzień przed wyjazdem bolał mnie brzuch, właściwie nawet zaczął poprzedniego wieczoru. w czwartek po północy czułam się tak fatalnie, że poprosiłam Fabio 1 i 2, by zawieźli mnie do lekarza.
i się zaczęło. po przybyciu na ostry dyżur niezbyt rozgarnięta pani z rejestracji wysłuchała, co mi jest, a potem zaczęła wpisywać w system moje dane. bardzo powoli. b a r d z o. rozumiem, że może nie umierałam, że polskie nazwisko z - oranyboskie - czterema spółgłoskami obok siebie jest dla przeciętnego Włocha niewyobrażalnie niewyobrażalne, ale zwijałam się z bólu i mogłaby ODROBINĘ przyspieszyć. no nic. po rejestracji czekam na swoją kolejkę, czas dłuży się niemiłosiernie. w końcu mnie wywołują, człapię do gabinetu i opisuję swoje obawy. pytają mnie, czy jestem w ciąży, kładą na łóżku, obmacują. lekarz próbuje rozładować atmosferę pytaniami, czy znalazłam sobie włoskiego narzeczonego, po czym... każe pielęgniarce podać mi jakieś tam leki i wychodzi. pielęgniarka montuje mi kroplówkę, po wcześniejszym pobraniu krwi, a na moje pytanie "co to jest?" odpowiada "przeciwbólowe". wkłuła się w żyłę, kroplóweczka sobie kapie, a mi każą przejść do innej sali i leżeć, aż wykapie do końca. wtf? a jakaś diagnoza? z napisu na kroplówce odczytuję "spasmex", reszty mi się nie udało. Fabio 2 idzie dopytać się, co właściwie mi jest, a ja zdycham w towarzystwie starszych ludzi, śmierdzącego menela i pijanej młodzieży, która trochę przesadziła z zabawą z okazji dnia św. Marcina. Fabio 2 wraca: nic nie wiadomo, dopóki nie będą znane wyniki badań krwi. leżę więc dalej, ból trochę ustępuje, chłopaki mnie rozśmieszają, żeby czas szybciej leciał. mija jedna godzina, druga, trzecia. w końcu widzę pielęgniarza idącego z wynikami, domyślam się, że moimi. i słyszę: "ta Polka, co tutaj czeka.... ktoś napisał, że urodziła się w 1958 roku, zamiast w 88!". coraz lepiej... w końcu około 4:30 rano, po ponad trzech godzinach, wzywają mnie. odłączają kroplówkę, po raz kolejny pytają, czy na pewno nie jestem w ciąży (tak teraz myślę, że mogli do długiej listy badań krwi dorzucić badanie na poziom beta hcg, bo chyba można je na cito zrobić, ale nie jestem pewna. jeśli można, to kolejny dowód na idiotyzm włoskiej służby zdrowia), oświadczenie, że badania wyszły prawidłowo, więc... albo to zatrucie pokarmowe, albo jakiś objaw grypowy, albo po prostu mnie bolało. dostałam wypis między innymi z listą badań (ale już nie wynikami!), zaleceniem zgłoszenia się ponownie do szpitala, gdyby sytuacja się powtórzyła, no i o 5 rano w końcu byłam w domu. czad.
tak więc po nocy pełnej przygód, mimo histerycznych błagań mojej mamy, bym została w Catanii, zdecydowałam się tak czy siak jechać do Rzymu, o ile oczywiście nie będę znowu zdychała. a że nie zdychałam, jako że wszystkie drogi prowadzą do Rzymu, i ta mnie tam zaprowadziła...
namówiona przez koleżanki pojechałam do Rzymu na Incontro Culturale Erasmus. początkowo zastanawiałam się, po co właściwie tam się wybieram, skoro w zeszłym roku spędziłam w Wiecznym Mieście tydzień pod znakiem japońskiej turystki, tj. zwiedzanie i trzaskanie tysięcy fotografii. dobrze jednak, że zdecydowałam się na wycieczkę, bo jest o czym opowiadać, ale po kolei.
cały dzień przed wyjazdem bolał mnie brzuch, właściwie nawet zaczął poprzedniego wieczoru. w czwartek po północy czułam się tak fatalnie, że poprosiłam Fabio 1 i 2, by zawieźli mnie do lekarza.
i się zaczęło. po przybyciu na ostry dyżur niezbyt rozgarnięta pani z rejestracji wysłuchała, co mi jest, a potem zaczęła wpisywać w system moje dane. bardzo powoli. b a r d z o. rozumiem, że może nie umierałam, że polskie nazwisko z - oranyboskie - czterema spółgłoskami obok siebie jest dla przeciętnego Włocha niewyobrażalnie niewyobrażalne, ale zwijałam się z bólu i mogłaby ODROBINĘ przyspieszyć. no nic. po rejestracji czekam na swoją kolejkę, czas dłuży się niemiłosiernie. w końcu mnie wywołują, człapię do gabinetu i opisuję swoje obawy. pytają mnie, czy jestem w ciąży, kładą na łóżku, obmacują. lekarz próbuje rozładować atmosferę pytaniami, czy znalazłam sobie włoskiego narzeczonego, po czym... każe pielęgniarce podać mi jakieś tam leki i wychodzi. pielęgniarka montuje mi kroplówkę, po wcześniejszym pobraniu krwi, a na moje pytanie "co to jest?" odpowiada "przeciwbólowe". wkłuła się w żyłę, kroplóweczka sobie kapie, a mi każą przejść do innej sali i leżeć, aż wykapie do końca. wtf? a jakaś diagnoza? z napisu na kroplówce odczytuję "spasmex", reszty mi się nie udało. Fabio 2 idzie dopytać się, co właściwie mi jest, a ja zdycham w towarzystwie starszych ludzi, śmierdzącego menela i pijanej młodzieży, która trochę przesadziła z zabawą z okazji dnia św. Marcina. Fabio 2 wraca: nic nie wiadomo, dopóki nie będą znane wyniki badań krwi. leżę więc dalej, ból trochę ustępuje, chłopaki mnie rozśmieszają, żeby czas szybciej leciał. mija jedna godzina, druga, trzecia. w końcu widzę pielęgniarza idącego z wynikami, domyślam się, że moimi. i słyszę: "ta Polka, co tutaj czeka.... ktoś napisał, że urodziła się w 1958 roku, zamiast w 88!". coraz lepiej... w końcu około 4:30 rano, po ponad trzech godzinach, wzywają mnie. odłączają kroplówkę, po raz kolejny pytają, czy na pewno nie jestem w ciąży (tak teraz myślę, że mogli do długiej listy badań krwi dorzucić badanie na poziom beta hcg, bo chyba można je na cito zrobić, ale nie jestem pewna. jeśli można, to kolejny dowód na idiotyzm włoskiej służby zdrowia), oświadczenie, że badania wyszły prawidłowo, więc... albo to zatrucie pokarmowe, albo jakiś objaw grypowy, albo po prostu mnie bolało. dostałam wypis między innymi z listą badań (ale już nie wynikami!), zaleceniem zgłoszenia się ponownie do szpitala, gdyby sytuacja się powtórzyła, no i o 5 rano w końcu byłam w domu. czad.
tak więc po nocy pełnej przygód, mimo histerycznych błagań mojej mamy, bym została w Catanii, zdecydowałam się tak czy siak jechać do Rzymu, o ile oczywiście nie będę znowu zdychała. a że nie zdychałam, jako że wszystkie drogi prowadzą do Rzymu, i ta mnie tam zaprowadziła...
-
bursztynek: ehhe przypomniała mi sie historia jak namietnie spacerowałam po rzymie praktycznie co dnia i pewnego pieknego dnia zaczepił mnie jakis Włoch( co za niespodzianka) zapytał mnie czy mam chłopaka- na odpowiedz tak zaczał mnie gonic naokoło koloseum i krzyczeć rzuc go ! rzuc go! ;) takie rzeczy to tylko w Italii ;)
-
olaszka: jednorazowa przygoda ze służbą zdrowia w ukochanym-kraju-w-którym-totalnie-mogłabym-mieszkać wystarczy, żeby odstraszyć człowieka na dobre :) ja zaliczyłam w uk ostry dyżur i walk-in centre - KOSZMAR. wiem, że to mało popularna opinia ale kocham nfz i w ogóle :)
-
chryzantema: @bursztynek - mnie pewien czas temu na imprezie zaczepił jakiś Włoch (siurpryza) i zaczął się nachalnie przystawiać. gdy w końcu powiedziałam mu, że mam faceta, zapytał, czy tu, czy w Polsce :DD @olaszka - w PL to ja tylko z prywatnej korzystam :)
Powiadamiaj mnie o nowych wpisach
chryzantema
chryzantema
O mnie: zapiski z wygnania.
Motto: I believe whatever doesn't kill you simply makes you... stranger.
Strony WWW:
Ostatnie komentarze
-
Aleks., 4 dni temu, 11:55 »
-
gość, 17 dni temu, 13:46 »
-
olaszka, 30 dni temu, 14:30 »
-
szatanielica, 40 dni temu, 09:48 »
-
szatanielica, 40 dni temu, 09:41 »
-
nevamarja, 40 dni temu, 04:39 »
-
Mariusz Pyżalski, 40 dni temu, 02:41 »
-
Miss Moneypenny, 40 dni temu, 02:27 »
-
innan, 40 dni temu, 01:10 »
-
hurin, 40 dni temu, 00:49 »



-
Aleks.:
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›