Jesteś niezalogowany. Niektóre wpisy dostępne są tylko dla znajomych.
chryzantema
 
oficjalnie zakończyłam swoje przerywane stosunki z Uniwersytetem w Catanii. wreszcie.
5 egzaminów w ciągu miesiąca wydawać by się mogło niczym, wszak w Polsce dochodzą zaliczenia, kolokwia, a i egzaminów bywa więcej. jednak wyjątkowo zmęczyła mnie ta sesja.
pomijam fakt, że w Warszawie uczę się mniej lub bardziej regularnie, gdyż zazwyczaj na zajęcia trzeba się przygotować, dodatkowo wykładowcy każą wykazywać się wiedzą na różnego rodzaju kolokwiach, kartkówkach, wejściówkach i innych pierdołach, a tutaj radośnie obijałam się przez większość czasu... materiału jest po prostu OD CHOLERY. na italu, by zdać egzamin, zazwyczaj wystarczy to, co zapamiętuję z egzaminów + dokładne nauczenie się notatek. często gęsto nie ma potrzeby zaglądać do podręcznika (o ile w ogóle takowy jest, niestety, taka specyfika studiów, że książek często nie ma. nie mówię o literaturze jako takiej, tylko o podręcznikach). tutaj na każdy egzamin trzeba przeczytać bazylion stron. moim faworytem pod tym względem była historia teatru: jeden podręcznik 100 stron, drugi podręcznik tyleż, trzeci podręcznik stron 300 + 7 sztuk + 3 filmy. w momencie, gdy zaczęłam się uczyć, zrozumiałam, czemu Włosi do egzaminów często zakuwają nawet 2 miesiące przed, a nie, tak jak my, dwie noce przed, heh. to jest po prostu nie do ogarnięcia.
nauczona doświadczeniem postanowiłam podzielić się nim ze wszystkimi, którzy postanowią pojechać na Erasmusa do Włoch.

kilka strategii i porad sesyjnych, czyli jak przetrwać na Erasmusie:

1. jeśli jesteś w zapomnianym przez Boga, niezbyt europejskim miejscu, takim jak Catania, gdzie na księdza wołają "batman", sporo zależy od tego, na jakim wydziale jesteś. jeżeli studiujesz literaturę, języki czy inne przedmioty humanistyczne - zazwyczaj masz łatwiej, profesorowie są wyrozumiali i nie oblewają erasmusów z zasady. trochę gorzej, jeżeli studiujesz np. ekonomię czy przedmioty ścisłe, tutaj już może nie być taryfy ulgowej, co więcej, znajomi na tutejszej ekonomii (z Białegostoku) mówili, że mieli czasem nawet więcej do przygotowania, niż Włosi. jeśli zaś jesteś bliżej cywilizacji, np. w Mediolanie czy w Rzymie, musisz liczyć się z tym, że będą cię traktować jak każdego innego studenta i słodkie oczy oraz "psze pana, bo ja na Erasmusie" niewiele zdziałają.

2. jeśli mówisz tylko po angielsku, to zazwyczaj w tych niezbyt międzynarodowych ośrodkach jesteś na plusie. wykładowcy często nie władają tym językiem, a jeśli, to prawie zawsze będą mówić gorzej od ciebie. z racji tego możesz dostać trochę materiałów po angielsku i zaliczenie za samo pojawienie się na egzaminie, bo psor nie będzie chciał się kompromitować nieznajomością języka. z drugiej strony, może się też zdarzyć, że wykładowca ma totalnie w nosie to, że nic z zajęć nie rozumiesz, masz zdać egzamin po włosku i już, twoja sprawa, jak.
jeśli mówisz po włosku, to rada od Włochów i ode mnie (z cyklu mądry Polak po szkodzie): NIE POPISUJ SIĘ TYM. udawaj, że nie mówisz, mówisz słabo, cokolwiek, ale nie wkop się jak ja.
przykład pierwszy: włoska literatura współczesna. wielokrotnie rozmawiałam i mailowałam z profesorem. do egzaminu podeszłam na miękkich nogach, a jak od koleżanek z grupy usłyszałam: "a, to ty jesteś tą Polką. profesor mówił, że mówisz po włosku poprawniej od nas..." - wiedziałam, że jestem ugotowana. zdane, ale stres jak stąd do Australii.
przykład drugi: egzamin z geografii polityczno-ekonomicznej zdawałam w drugim terminie, bo daty pokrywały się z egzaminem z literatury. w pierwszym podejściu zdawały dziewczyny, obie uzyskały świetne wyniki. przychodzę ja, dwa tygodnie później, stan wiedzy bardzo niski, no bo się nie chce, ostatni tydzień, imprezy, a dziewczyny zdały egzamin z palcem w nosie, mając takie ambitne pytania jak "gdzie są największe uprawy na świecie? tak, to proszę mi pokazać USA na mapie...". siadam - niewyspana, głodna, nieprzygotowana. jedno z pierwszych zdań: "koleżanki już zdały ten egzamin, widzę, że po włosku mówicie dobrze...". w głowie zapaliła się wielka lampka ze słowem na K. egzamin ledwo zdany.
przykład trzeci: egzamin z historii kina. zdaję ja, M. i 3 Hiszpanów. postanawiamy przyjąć strategię "udajemy, że po włosku mówimy średnio". Hiszpanie nie muszą udawać, w końcu wiadomo, jak to u nich z językami. proste pytania, szybko, bez większego stresu, wszyscy zdają z dobrymi ocenami.

3. data egzaminu wcale nie oznacza, że zdasz go tego właśnie dnia. nawet, jeśli są zapisy przez internet, to i tak można się stawić na egzaminie i dopisać ręcznie do listy. na niektórych zaś w ogóle nie ma wcześniejszych zapisów, po prostu przychodzisz. wiedząc, że włoskie uniwersytety są przepełnione oraz jak wygląda włoska organizacja licz się z tym, że każą ci przyjść w innym terminie. nie ma jak u nas: kto się zapisał, ten zdaje, a profesor siedzi, aż padnie z głodu, ale wszystkich odpyta. tutaj na egzamin zapisuje się ponad 100 osób, a prowadzący mówią, że dziś odpytają tylko 30, reszta ma przyjść parę dni później. mi zdarzyło się zostać "przerzuconą" dwa razy i akurat bardzo się z tego cieszę, bo miałam więcej czasu na naukę, ale rozumiem zirytowanie niektórych. oczywiście, zazwyczaj nie ma problemów z dogadaniem się, jeśli akurat MUSISZ zdać tego jednego dnia, bo samolot, inne egzaminy, zupa za słona.

4. zapomnij o pisemnych, Włochy to kraj egzaminów ustnych. wszystkie plusy i minusy tegoż faktu pominę, gdyż wiadomo, że ustne są stresujące, niesprawiedliwe, z drugiej strony można na nich owinąć sobie wykładowcę wokół palca itepe. to, co szokuje przyjezdnego z Polski, to publiczność egzaminów. nie jak u nas, że wchodzisz do sali sam lub z drugą osobą i tyle, tutaj - jeśli masz szczęście - egzamin odbywa się przy otwartych drzwiach i nasłuchujących pod nimi studentach lub - jeśli masz pecha - w sali pełnej ludzi, którzy albo słuchają twoich odpowiedzi, albo gadają między sobą. wspaniale, zwłaszcza, jeśli ktoś umiera ze stresu przed wystąpieniami publicznymi. wszystko to w ramach przejrzystości, żeby nie było podejrzeń o korupcję. mój stosunek? sama nie wiem.

5. na wszelki wypadek zacznij się uczyć wcześniej. urok bycia erasmusem to jedno, ale jeżeli masz poważny egzamin, to niewiele ci pomoże. ja do egzaminu z włoskiej literatury współczesnej zaczęłam się uczyć dwa dni przed (bo to moja działka, chodziłam na zajęcia, poradzę sobie). skończyło się na dwóch dniach i dwóch nocach wycia nad książkami, gdy okazało się, że czym dalej w las, tym więcej drzew, materiału jest od groma, a ja jestem w bardzo kiepskiej sytuacji. stawiłam się na egzamin niewyspana, zmęczona, zdołowana i zestresowana jak nigdy. dość powiedzieć, że ledwie usiadłam przed profesorem, a wybuchnęłam płaczem. zdałam nawet nieźle, bynajmniej nie przez litość profesora, bo i tak maglował mnie przez godzinę, ale czuję się źle z tego powodu. oraz "nigdy więcej nie odłożę nauki na ostatnią chwilę blabla".

zmieniając temat.
już w niedzielę powrót do polskiej rzeczywistości.
i na tym zdaniu skończę, bo zaraz znowu się rozkleję.
  • awatar Aleks.: dużo do przeczytania? u mnie to standard,niestety u nas jest opcja ,,wiemy, że to niemożliwe, żeby tyle przeczytać, ale wiedzieć państwo muszą'' hehe ;) to by więc mnie nie przeraziło, ale to ja wybrałam sobie tak przejebane studia, więc nie narzekam, tylko,że ja je czytam głównie w ojczystym języku, więc to co innego zresztą każda filologia jest trudna wiem, że Ty się uczysz systematycznie na UW itd. ja też,a moi znajomi patrzą na mnie jak na dziwoląga, dobrze, że to już 5 rok hehe u mnie też większość egzaminów jest ustna,ja na początku strasznie się stresowałam, ,ale na polonie bardzo się rozgadałam :) przykro mi, że to Cię tyle stresu kosztowało, naprawdę nie rozumiem tych ludzi, powinna być jakaś kontrola odgórna, erasmusowa, to jest skandal po prostu, u nas cudzoziemcy nie narzekają, wszyscy im raczej pomagają, w dodatku mają wszystko po angielsku, nie wspominając o tym, że ciągle mi mówią, że żyją tu jak królowie, bo wszędzie tak tanio, spoko :P:P:P cieszę się, że wracasz!!! :)
  • awatar gość: Witaj! Zainteresował nas Twój blog. Marka Always ma dla Ciebie fajną propozycję, która może być ciekawa dla Ciebie i Twoich czytelniczek. Brzmi interesująco? Podaj nam swój adres mailowy abyśmy przesłali do Ciebie dalsze materiały o tym projekcie. Zapraszamy do niego tylko wybrane blogerki, na które czekają nagrody! Aleksandra Lisowska alisowska@swiezabazylia.pl
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

chryzantema
 
12 days to go.
nawet nie chcę o tym myśleć.
jeszcze jeden egzamin przede mną. dzisiaj Ostatki po szalonym, karnawałowym tygodniu.
może po tym egzaminie napiszę, jak tu wygląda sesja, na razie nie chce mi się, powinnam się uczyć, a prokrastynuję :)
 

chryzantema
 
notka będzie multimedialna, pełna filmików i zdjęć! :D

każde miasto ma swojego patrona, którego święto celebruje się z hukiem. w Catanii patronką jest św. Agata, obchody zaś przypadają na dni od 3 do 5 lutego.
nawet mając świadomość, że to święto jest jedną z największych "imprez" religijnych (czy zupełnie religijnych? dojdę do tego) do tej pory jestem pod ogromnym wrażeniem.

całe miasto jest pięknie oświetlone dekoracjami z lampek, które nasuwają skojarzenia z Bożym Narodzeniem, jednak nigdy i nigdzie nie widziałam zdobień w takim natężeniu.

obchody rozpoczynają się 3 lutego wielką procesją, w której biorą udział wierni, duchowni i burmistrz miasta. wieczorem, na Piazza Duomo, ma miejsce koncert połączony z pokazami fajerwerków. miałam to szczęście widzieć je z okna Palazzo degli Elefanti, siedzib władz miasta. co prawda walka o miejsce była ostra, ciągle ktoś się na mnie kładł, a ja musiałam zapuszczać żurawia, jednak w porównaniu z tym, co się działo na placu (zimno i tłum niczym na Openerze) nie było źle. sztuczne ognie były naprawdę przepiękne, trwały jakieś 20 minut, jak nie dłużej.

film z pokazu fajerwerków: dailymotion.virgilio.it/(…)xc60ij_sant-agata-3-02-2…

drugiego dnia odbywa się msza, po której następuje procesja po obrzeżach miasta z fercolo z Agatą. nie znalazłam tłumaczenia słowa fercolo: jest to swego rodzaju "zabudowanie" służące do transportu relikwii i obrazu świętych podczas procesji, zazwyczaj bogato zdobione, obecnie często umieszczane na samochodzie, ale może być także niesione przez wiernych.
także tego dnia ma miejsce pokaz sztucznych ogni.

ostatni i najważniejszy dzień obchodów to msza z przedstawicielami najwyższych władz kościelnych (m.in. kardynał) i procesja po centrum Catanii.
devoti - wierni ubrani na biało - śpiewają i krzyczą. tłum wykrzykuje "semu tutti devoti tutti!" (dialektalne: wszyscy jesteśmy oddani [św. Agacie]). oprócz tego biegają po całym mieście, niosąc na plecach gigantyczne świece.
obchody kończą się 6 lutego nad ranem gigantycznym pokazem fajerwerków na Piazza Borgo.

dailymotion.virgilio.it/(…)xc4pgd_la-festa-di-sant-…

dailymotion.virgilio.it/(…)xc4phk_il-fercolo-di-san…

dailymotion.virgilio.it/(…)xc4pjg_il-fercolo-di-san…

dailymotion.virgilio.it/(…)xc4pli_il-fercolo-di-san…

dailymotion.virgilio.it/(…)xc4png_il-fercolo-di-san…

oprócz fercolo charakterystyczne są też candelore (cannalore), piękne pozłacane rzeźby z drewna, niesione na plecach przez wiernych jako znak oddania świętej i dar dla niej. nie lada oddania, bo jedna candelora waży od 400 do 900 kg. ich pochodzenie wywodzi się z pierwszego dnia obchodów, gdy ma miejsca ofiarowanie świecy Agacie. niegdyś służyły wyeksponowaniu świecy, rozrastały się z upływem lat, by w końcu sama świeca zniknęła. candelore reprezentują 11 zawodów. wierni krążą po mieście z rzeźbami już kilka dni przed świętem.

dailymotion.virgilio.it/(…)xc4pql_le-candelore-la-f…

a teraz kilka refleksji.
święto robi OGROMNE wrażenie. całe miasto bierze udział w obchodach. wychodząc 6 lutego wieczorem nie tylko mieszkańcy, ale również przyjezdni i turyści powodują totalne zablokowanie Catanii. pochody z okazji Bożego Ciała to PESTKA w porównaniu z tym, co dzieje się tutaj. i chyba nie ma dużego znaczenia, czy ktoś jest wierzący, czy nie - wszyscy dają się ponieść temu szaleństwu. wierni wykrzykujący "semu tutti devoti tutti" są tacy... pierwotni. Lydia powiedziała wręcz, że św. Agata przypomina jej święto muzułmańskie.
druga sprawa to pieniądze. pomijając absurdalne kwoty wydawane przez miasto na dekoracje czy fajerwerki, ta impreza jest niezłym biznesem. mnóstwo straganów, które oprócz tradycyjnych słodyczy, takich jak olivette (zielony marcepan w kształcie oliwek, przepyszny!) czy minni di Sant'Agata (ciasteczka w kształcie piersi - wg legendy Agacie obcięto piersi), sprzedają mydło i powidło: trąbki, miecze świetlne, czapeczki i inne duperele. poza tym, tradycja nakazuje kupić świecę i podać ją osobom niosącym fercolo. oczywiście wszystko po to, by święta Agata wstawiła się za nasze modlitwy. jednak te świece kosztują od kilkunastu do kilkudziesięciu euro, ludzie je kupują, podają na fercolo, ale ponieważ wszystkie się nie mieszczą, często palą się tylko przez jakiś czas (albo w ogóle) i potem odjeżdżają z podstawioną furgonetką... ciekawe, ile z nich trafia do ponownego obiegu.
kolejna kwestia to kwestia wiary. biorąc pod uwagę cały koloryt folklorystyczny ciężko powiedzieć, że święto ma wymiar wyłącznie religijny. nawet devoti, którzy mają się zupełnie poświęcić Agacie, często, będąc w procesji (!) rozmawiają przez telefon, słuchają ipodów, albo też po prostu biegają po mieście jak gdyby nigdy nic. sama procesja nie jest też złożona jedynie z wiernych, jak już wspomniałam, mnóstwo osób to zwykli gapie (jak ja) albo zaciekawieni turyści z innych włoskich miast, Stanów, Anglii, Polski...

mimo to naprawdę warto zobaczyć przez choćby jeden dzień, jak wygląda takie święto. ja, pochodząc z kraju uważanego za zagłębie katofaszyzmu, byłam w szoku. nie spodziewałam się w najmniejszym stopniu tego, co zobaczyłam.
  • awatar A.: piękna relacja :) ale widzę, że ty nigdy nie byłaś na katolickiej procesji na wsi lub wszelkich świętach odpustowych :) jak jestem na działce, to bywam tyle że oczywiście nie ma to aż takiego hm wymiaru jak tutaj, jednak fundusze są istotne :)
  • awatar chryzantema: owszem, byłam na odpustach i dlatego śmiem twierdzić, że nie ma porównania.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

chryzantema
 
przepraszam za chwilowo zamknięte z powodu, że nieczynne.
dużo się dzieje, przede wszystkim egzaminy.
dzisiaj pierwszy, a właściwie prova in itinere - takie kolokwium. jeśli je zaliczę, nie będę musiała zdawać wszystkiego na ustnym, jeśli nie, to nic się nie stanie. coś czarno widzę, bo z dziewczynami w ogóle nie zrozumiałyśmy jednego polecenia... do zadania, które stanowiło połowę punktacji z testu. no nic.
w czwartek kolejny egzamin, w poniedziałek następny, potem jeszcze 3. umrę.
napiszę coś pewnie po św. Agacie, postaram się spłodzić śliczną relację.
 

chryzantema
 
powrót do Catanii zbliża się wielkimi krokami, więc szukałam rzeczy, które mogłabym przywieźć znajomym. oprócz standardów jak Żubrówka czy Ptasie Mleczko dla współlokatorów, kupiłam dla znajomego przewodnik "Zrób to w Warszawie! Do it in Warsaw!", bo wydawał mi się całkiem interesującą inicjatywą i jako jedyny przewodnik po angielsku opisywał Warszawę w taki sposób, że sama bym tu przyjechała. no ale teraz natknęłam się na taki cytat:
"Poruszanie się po Warszawie komunikacją miejską grozi zawałem. Z nerwów. A już dla zagranicznych turystów jest prawdziwie ekstremalną przygodą. Zaczynając od kupienia biletu na przejazd (którego na ogół nie dostaniemy u kierowcy), przez stan techniczny pojazdów, kończąc na skrajnej niepunktualności z powodu notorycznych korków".
i to samo po angielsku. że tak rzeknę: karwa. przeczytałam i szlag mnie trafił. prawdziwie ekstremalna przygoda? to chyba jakiś żart.
we Włoszech (nie wszędzie, ale choćby w Rzymie czy Catanii) na przystankach nie ma rozkładu jazdy autobusów (ewentualnie jest trasa, ale nie godziny). biletów także nie kupi się u kierowcy (W OGÓLE, a nie, jak w Wawie, że często brakuje, ale taka możliwość ogólnie jest), a o punktualności nie ma nawet co mówić. w Catanii, co więcej, nie ma autobusów nocnych. metro w Rzymie zaś działa tylko do 1 w nocy chyba, także w weekendy. stan techniczny pojazdów - cóż, pomijając stare Ikarusy i przegubowce jest nieźle.
Warszawa, moim zdaniem, może poszczycić się naprawdę dobrą komunikacją miejską, i takie teksty, napisane przez ludzi, którzy rzekomo chcą pokazać Warszawę z innej, fajniejszej strony, udowodnić, że "w stolicy nudzą się tylko nudziarze", a samo miasto jest fantastyczne, tylko pomagają w utrwaleniu stereotypu Polski i miasta stołecznego jako trzeciego świata.

to się podenerwowałam. o.
  • awatar hurin: w Hiszpanii tak samo jak we Wloszech. w sumie Hiszpanie wychodza z zalozenie ze wszystko mozna wykonac jutro (MAÑANA), ale tak to jest zawsze do czegos doczepic sie musza. pozdrawiam
  • awatar innan: Przyznać trzeba, że linia 175 może być dla turysty koszmarem. Poza tym jest w porządku :)
  • awatar chryzantema: dlatego, bo jest zatłoczona, ale na takiej trasie czemu się dziwić :/ i tak wielki szacun, że są w niej napisy po angielsku.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (10) ›
 

chryzantema
 
jeszcze nie tak dawno pisałam, jak to mi źle, że chcę wracać, że co mi strzeliło do głowy z tym wyjazdem.
po dwóch dniach spędzonych w Warszawie jestem pewna, że chciałabym przedłużyć Erasmusa. na dodatek chcę już wracać do Catanii.
Bee powiedziała: "tak to jest z nami, biedaczkami przerzucanymi z kraju do kraju z dnia na dzień". ale to chyba nie to. już od kilku tygodni myśl o powrocie do domu nie sprawiała mi większej radości... nie rozumiem, dlaczego. jestem w kraju, który kocham, wśród ludzi, których kocham. a niesamowicie tęsknię za tą obcą wyspą, za osobami, z którymi niewiele mnie łączy. czuję, że tutaj, w Polsce, nie trzyma mnie prawie nic. może to tylko złudzenie, które szybko minie, gdy przyzwyczaję się z powrotem do słyszanego wszędzie polskiego, do tych syberyjskich temperatur (szok termiczny, zmiana z +13 na -13 stopni NIE jest przyjemna), do cywilizacji, do rodziców.
wynarodowiłam się chyba.
jeszcze tylko dwa tygodnie.
  • awatar Miss Moneypenny: O, i bardzo dobrze, że cały wpis o tym powstał, bo mogę się na ponad te nędzne 160 znaków wypowiedzieć, a chyba mam co, bo rozumiem Cię doskonale. Tak, masz rację, to tylko wrażenie. Tyle, że tak silne, że ja się z niego wyrwałam po dwóch miesiącach od powrotu do domu dopiero. Od zapewne paru ładnych lat mieszkasz w Polsce i to, co tu się dzieje znasz i poza małymi wydarzonkami, jak np. blipiwo wielkie ;), niewiele Cię tu zaskakuje. To czasem bywa synonimem bezpieczeństwa ale i nudy. Ci sami ludzie, te same miejsca, znasz to od lat. Znajomych masz na skypie, blipie czy tu, w komentarzach. A tamto zapewne jest inne. Choć znane od kilku tygodni to jednak mniej niż całe życie, a zarazem dostatecznie długo by powstały relacje z ludźmi i miejscami. To się dziwnie tłumaczy bo i dziwnie się czuje. Ale minie. Jak wrócisz to tylko będziesz czasem tęsknić. I znarodowisz się na powrót. Więc nie martw się, bo to naturalne. ... też chciałam zostać. Ustawić się, znaleźć szkołę, pracę. ;))
  • awatar Aleksandra: dzisiaj już znacznie cieplej :)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

chryzantema
 
ponieważ kolejna osoba pyta mnie o trzęsienia ziemi odpowiadam:
nie, u mnie trzęsienia nie było. wstrząsy miały miejsce w Umbrii (daleko na północ od Sycylii). my wczoraj mieliśmy oberwanie chmury i taką burzę, że wszystkie alarmy się włączały. nie wystawiłam nawet nosa za drzwi (nie licząc porannych zajęć, gdy jeszcze świeciło słońce). dzisiaj zaś, będąc już kilka minut od domu, złapała mnie taka ulewa, że wróciłam OCIEKAJĄC wodą. spodnie suszą mi się już z dwanaście godzin (nie przesadzam). pieprzona Afryka.

za to Sycylijczycy nie gęsi i swoje katastrofy mają: wczoraj w okolicach Catanii przeszła trąba powietrzna. jedna osoba nie żyje, kilka innych rannych. pod miastem znajduje się baza marynarki wojennej, Sigonella - zerwało dach z hangaru. jeśli coś na tej wyspie nie jest doszczętnie zniszczone, to właśnie Sigonella, także wiatr musiał być naprawdę silny. znajomy, która mieszka w Motta Sant'Anastasia (miasteczko położone 9km od Catanii), nie spał całą noc - tam też fruwały dachy, poprzewracało drzewa, możliwe, że również doszło do uszkodzenia gazociągów.
wesoło, czyż nie?
choć chyba i tak wolę tropikalne niemal efekty specjalne od śniegu i "zima zaskoczyła drogowców".

(link do artykułu: quotidianonet.ilsole24ore.com/(…)271238-catania_tro… )

  • awatar gość: o fuck O.o Ty, a ja myślałam, że Ty sobie na wakacje jedziesz w najbezpieczniejsze miejsce świata - od Etny kawał, to co się innego może stać?
  • awatar gość: to pisałam ja, oczywiście
  • awatar mojedrugieja: mojedrugieja znaczy :P cholerny pinger.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (6) ›
 

chryzantema
 
w ramach spóźnionego prezentu urodzinowego postanowiłam na długi weekend (8 grudnia, który wypadał we wtorek, jest dniem wolnym od pracy) pojechać do wspomnianego już wcześniej G. do Florencji. miałam tam spędzić zeszłoroczne wakacje, jednakże z powodów finansowych zdecydowałam się na Rzym, także po otrzymaniu zaproszenia i przekalkulowaniu kosztów ruszyłam w drogę.

miło zaskoczyły mnie włoskie koleje. podróż z Catanii do Florencji trwa, bagatela, 13,5 godziny, ale kuszetki spisały się dobrze. zaopatrzono nas w pościel i poduszki i przeżyłam te 1000km bez większych niedogodności - na tyle, na ile się da spać wygodnie w pociągu.

Florencja zaskoczyła mnie chłodem. jednak kilka miesięcy w temperaturach niemal afrykańskich (nawet wczoraj w ciągu dnia było tutaj 20 stopni) sprawiło, że północny chłód odczuwam bardzo dotkliwie. prawdopodobnie przyjazd do Polski będzie się wiązał z szokiem termicznym (rany, to już za 9 dni!).
G. mieszkał w Fiesole, sympatycznej mieścince pod Florencją, ze szczytu której rozciąga się przepiękny widok. znajduje się też tam stary teatr rzymski oraz muzeum.

w samej Florencji dziki tłum ludzi. wieczorem w centrum nie dało się normalnie spacerować z powodu ciągłych fal turystów. uroki długiego weekendu. trzeba przyznać, że miasto wygląda uroczo - przyozdobione świątecznymi światełkami przypominało mi, o dziwo, Nowy Świat i Krakowskie Przedmieście. ot, nostalgia.

w te 4 dni zdążyłam zobaczyć naprawdę sporo - Uffizi, Galleria dell'Accademia, Duomo wraz z Battistero i Campanile di Giotto oraz zeszłam na piechotę pół miasta. to, co mnie zaskoczyło: ceny jak z kosmosu. dla porównania, w Catanii za kilo pomidorów (i to świetnych, soczystych, pysznych) płacę euro. we Florencji w supermarkecie coś, co od biedy można nazwać pomidorami, kosztuje 2,39 euro. tak samo wejścia do muzeów. całe szczęście, że w większości z nich osoby poniżej 25 roku życia mają zniżkę, inaczej nie chcę nawet sobie wyobrażać, ile bym zapłaciła.
pane toscano (chleb wypiekany w Toskanii i Umbrii, ze względów historycznych, a także z powodu specyfiki tamtejszej kuchni, nie zawiera soli) jest rzeczywiście niesmaczny. ogólnie rzadko gdzie we Włoszech smakuje mi chleb (jednak Polska to Polska), ale tamten naprawdę nie był dobry. za to jedzenie całkiem, całkiem.

w drodze powrotnej trafiłam na dość specyficzną towarzyszkę podróży. starsza pani, odpowiednik naszego mohera, prowadziła ze mną ożywioną dyskusję na wszelkie możliwe tematy. przez trzy godziny opowiedziałam jej skróconą historię rozbiorów i PRLu, a ona, gdy usłyszała, że jestem ateistką, próbowała mi pokazać, że wiara jest jedyną słuszną drogą życiową. po długim czasie jej słowa nawet nabierały sensu, choć włoskiego Radia Maria słuchać nie będę i tak ;) jednak pani chyba nie liczy na moje nawrócenie, zwłaszcza po tym, jak powiedziałam, że dopuszczam małżeństwa homoseksualistów... co odróżniało ją od naszych moherów, to bardzo niski, wręcz zerowy poziom agresji. dodatkowo, według jej słów, Radio Maria nie jest we Włoszech upolitycznione, tylko zachowuje obiektywizm. ciekawe, czy rzeczywiście tak jest.

a co najbardziej mnie zdziwiło?
Florencja jest piękna, spędziłam miło czas w towarzystwie G., spotkałam się z K., która jest tam na Erasmusie, zobaczyłam naprawdę dużo... ale w te 4 dni stęskniłam się za Catanią. wyglądałam z okien pociągu i widząc tę spaloną słońcem ziemię, błękitne morze, korki, trąbiących do upadłego kierowców - uśmiechałam się do siebie. zgrzana wpadłam do domu, porozmawiałam z Lydią i Fabiami i cieszyłam się, że jestem u siebie. wieczorem spotkałam się z całą ferajną, poszliśmy do jednego z naszych ulubionych pubów - Fondo Bianco, wypiliśmy na koszt lokalu po 3 shoty żubrówki (Polish Alcoholics!) plus doprawiliśmy się drinkami i byłam radosna, że mogę z tymi nie do końca normalnymi ludźmi przebywać, wtrącając wyrażenia z dialektu, które tutaj są rozumiane przez wszystkich, a także mówić z katańską kadencją, przeciągając słowa, i nie być wyśmiewaną.
doszłam nawet do wniosku, że gdybym miała pieniądze, zostałabym tu na długi semestr. wizja rocznych wakacji kusi, ale obowiązki wzywają...
  • awatar frugooosek: jak Ci diametralnie potrafia zmienic sie poglady :) ale przeciez wiadomo bylo , ze katania nie moze byc taka zla:D i z jakiej okazji szoty na koszt lokalu?!
  • awatar chryzantema: wiesz, jak ma się znajomych, którzy mają znajomych... :>
  • awatar nevamarja: 13,5 godziny, kuszetka... Znając siebie, spałabym jak zabita. ;-) [Sypiam jak zabita w dużo mniej komfortowych warunkach]. Co do wystroju florenckich ulic, miałam takie samo skojarzenie - Kochany Nowy Świat. :-) A ta Pani to jednak nie moher, lecz urodzony prawicowiec. Kiedyś mi się wydawało, że prawica i wojujący fanatyzm to niemal jedno i to samo. Tak było dopóki nie poznałam (w Polsce zresztą) pewnego konserwatysty z zasadami, w którym również nie ma za grosz agresji. A jednak się da, dzięki Bogu! ;-)) ;-P
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (5) ›
 

chryzantema
 
niedziela, wczesna pobudka, bo do 11 trzeba opuścić hotel. wrzucamy mokre ręczniki do walizek, dziewczyny kichają i prychają, ja niewyspana i na lekkim kacu. idziemy do specjalnie przygotowanego pokoju - pociąg mamy po południu, wymeldować się z hotelu trzeba, a musimy gdzieś torby zostawić. zamknięte, szukamy więc kolegów z ESN. pukamy, po dłuższej chwili otwiera nam zombie, koszmar minionej nocy, rzuca klucz i pada z powrotem nieżywy na łóżko. w tym momencie w mej głowie rodzi się szatański plan...

dostaję sms od G., czy - o ile żyjemy po imprezie - chciałybyśmy przejechać się do Willi Hadriana. jasne! około 13 się spotykamy, dziewczyny informują mnie, że idą spać, także na mnie spoczywa obowiązek zabawiania kierowcy. rewelacja. powstrzymuję opadające powieki słuchając właśnie otrzymanej w prezencie płyty z włoskimi piosenkami ze starych anime. swoją drogą uważam, że te seriale, puszczane w latach 90. na Polonii 1, z włoskim dubbingiem, są przyczyną mojej italianistycznej fiksacji, wdrukowały mi się w podświadomość ;)



w końcu, dzięki pomocy GPSa, dojeżdżamy do Tivoli, gdzie mieści się niegdysiejsza letnia rezydencja cesarza Hadriana, obecnie wspaniałe wykopaliska archeologiczne. cisza, spokój, zieleń - tego mi było trzeba po szalonym weekendzie. zdjęcia poniżej :)

po południu my mamy pociąg do Catanii, G. do Florencji. pożegnanie, małe zakupy, kebab. spotykamy wesołą kompanię. Polacy wyspani i zadowoleni po całym dniu zwiedzania, Włosi i Hiszpanie z oczami na zapałki i miną "nie oddychaj tak głośno, mam kaca". wtedy właśnie dzielę się z rodakami swym genialnym pomysłem. skoro Południowcy wrócili około 4 czy 5 rano i teraz planują spać w pociągu, my, mówiąc poetycko, zrobimy im z dup jesień średniowiecza i się zemścimy.

jak zaplanowaliśmy, tak żeśmy uczynili. ukradliśmy jednemu z Włochów megafon i uzbrojeni w gwizdki, wino oraz słowiańskie płuca odśpiewaliśmy wszystko, co tylko nam przyszło do głowy. będę brał cię w aucie, jedzie pociąg z daleka, hej sokoły, Małgośka mówią mi, konik na biegunach, Rotę, jestem Bogiem, we will rock you i wiele, wiele innych. dodatkowo tupaliśmy, waliliśmy pięściami w ściany przedziałów, głównie tam, gdzie siedziały najbardziej upierdliwe Hiszpanki. mina jednej z nich, gdy stanęła w odległości 15cm od mojej twarzy i nabluzgała mi (prawdopodobnie, bo nie zrozumiałam ani słowa) po hiszpańsku - bezcenna. dodatkowo w 10 osób zrobiliśmy większy burdel niż kilkadziesiąt Hiszpańców i Włoszczurów razem wziętych, aż chciano nas wyrzucić z pociągu. Polskaaaa, biało-czerwoni! zemsta jest słodka.

poniedziałek rano, słodka Catania.
trzy dni, a zmieniło się mnóstwo. odżyłam, odzyskałam chęć do życia, przynajmniej w części.
i mogę wrócić do opisywania Sycylii :)
  • awatar Lajcik: ja poprosze wersje elektroniczna tej plyty :)
  • awatar chryzantema: tylko 4 kawałki niestety są, ale mogę Ci przesłać, albo podpytam G., czy nie ma tego szajsu więcej, będę teraz u niego na długi weekend :)
  • awatar frugooosek: ,kurwa, czemu mam Cie zablokowana?! btw. gratuluje pomyslu na zemste, osobiscie balabym sie , delikatnie mowiac, wypierdolenia z wagonu:D
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (5) ›
 

chryzantema
 
w sobotę wstajemy wcześnie rano na "śniadanie" - kawę, herbatę, zleżałą bułkę, odrobinę dżemu i nutelli, by potem znowu położyć się spać. nie na długo jednak, gdyż o 13 - spotkanie na Piazza Navona i wszyscy razem, jak jeden erasmusowy mąż, mamy iść na obiad. o lunchu przypomina dodatkowo sms od Pingwina, maskotki wyjazdu (wtf?). oczywiście można było się spodziewać, że na czas będą tylko Polacy. plotkujemy, odnajduję P. i jego znajomych z Mediolanu, tłumek się zwiększa, ale naszych katańskich przyjaciół wciąż nie ma. przed 14 dzwonię do najbardziej rozgarniętego kolegi z ESN: "no właśnie wyszliśmy z hotelu. nie, ten obiad nie jest fundowany przez ESN, nie ma też żadnych zniżek, po prostu narodził się pomysł wspólnego posiłku spożytego przez studentów z całego kraju". zmełłam w ustach przekleństwo i komentarz "gdzie my byśmy się wszyscy pomieścili tak czy siak" i wraz z P. udaliśmy się na pożywny, tradycyjny rzymski lunch w restauracji innej niż wszystkie. buzi, do zobaczenia wieczorem na FLUO PARTY.

o godzinie 15 planowana jest wycieczka po mieście z przewodnikiem. punkt startu: Campo de' Fiori. czekamy i czekamy, a wesołej kompanii jak nie było, tak nie ma. kolejny telefon - są przy Fontana di Trevi, idą w naszą stronę. żesz. ruszamy więc, by spotkać się z nimi w połowie drogi. potem idziemy wszyscy razem na Piazza Venezia... tylko gdzie ten przewodnik? nie ma, dołączy później. siedzimy przed obrzydliwym budynkiem, będącym niegdyś rezydencją Mussoliniego, i debatujemy, czy idziemy zobaczyć getto czy Koloseum. staje na Koloseum, które... miało być otwarte do wieczora, ale jednak nie jest. wszyscy wkurzeni. przewodnik wciąż pozostaje tylko obietnicą ("idźmy teraz na Fori Imperiali, tam ma do nas dobić!"). z dziewczynami pasujemy, wybieramy (tzn. ja i tak miałam to zrobić, ale one decydują się zostać ze mną) spotkanie z moim znajomym, G., który akurat przyjechał do miasta. w końcu, po przedarciu się przez rzymskie korki, zjawia się G., a my ruszamy w stronę Schodów Hiszpańskich, gdzie czeka gromada polskich koleżanek. razem postanawiamy iść do pewnej knajpy na Trastevere, także rozdzielamy się: dziewczęta wsiadają w metro, a my w czwórkę w toyotę (o niej potem) i ruszamy. w samochodzie wymieniamy uwagi na temat różnic w prowadzeniu auta w Catanii i Rzymie ("to jest jednokierunkowa ulica!" - "no to co, wjedź w nią, u nas wszyscy tak robią..." - "nie jesteśmy już w Afryce."). docieramy na Trastevere, szukamy miejsca do parkowania... ledwo wyczuwalne przeczucie, że coś tu nie gra. w końcu udaje się znaleźć miejscówkę. ledwie wysiadamy z samochodu zauważamy, że z drzew COŚ leci. pada? tak, gówno pada, epidemia szalonych gołębi srających na wszystko, co się nawinie. ptasie odchody kapią na dachy aut z intensywnością gradu, dostaje się też G. i chyba K. cóż, podobno to przynosi szczęście, ja - niestety? - nie zostałam upiększona.

w połowie drogi G. cofa się, by zapłacić za parking, my spotykamy dziewczyny, szturmem zdobywamy knajpę i prawie wszystkie zamawiamy "pizza menu" - ciabatta na przystawkę, pizza, deser i kawa, a wszystko za jedyne 10 euro. dołącza G., jak zwykle wytwarza się podział na parlających i mówiących. uczcie się dzieci języków. po kolacji K. i M. zaczynają narzekać na coraz gorsze samopoczucie (prawdopodobnie spowodowane bieganiem po nocy po pokładzie statku, którym płynęłyśmy z Sycylii na ląd, swoją drogą ciekawe przeżycie, gdy pociąg wjeżdża na statek ;)). G. proponuje jednak, że zabierze nas w jedno miejsce, o ile oczywiście mamy ochotę. na szczęście (zadziałała też moja siła perswazji) się zgodziłyśmy. Zodiaco to restauracja znajdująca się na wysokości 139 m oraz, potocznie, przepiękny punkt widokowy. panorama Rzymu nocą zapiera dech w piersiach (zamieszczam zdjęcie z serwisu panoramio.com, fotografie mojego autorstwa są bardzo słabe).

G. odwozi nas do hotelu swoją toyotą, przyozdobioną gustownie w ptasie odchody, K. decyduje się zostać w domu i gorączkować w spokoju, ja namawiam M. na wyjście.
przed klubem, mimo że innym niż dnia poprzedniego, podobny obrazek. wbijamy do środka nie pijąc przed dyskoteką, gdyż zaraz przestają wpuszczać, ale udaje mi się przemycić wino w torebce (praktyka z tych wszystkich koncertów i festiwali, na których byłam, 'cause I got game, bitches). impreza, jak już wcześniej wspomniałam, ma motyw przewodni FLUORESCENCJA, także malujemy sobie świecącymi w ciemności farbkami "Catania" na ramionach i ruszamy w tany. w środku spotykam P. i wszystkich ziomów. klub ma dwa piętra, które jednak specjalnie nie różnią się pod względem proponowanej muzyki. szalejemy, robimy sobie fotki tańcząc kusząco na rurach (biorąc przykład z gwiazd naszej klasy i fotki), w końcu około trzeciej w nocy uciekamy, znajdujemy nocny jadący w stronę Termini, hotel, łóżko, spać.

przed nami niedziela i powrót do domu...
  • awatar olaszka: to czekanie zawsze okropnie działało mi na nerwy...
  • awatar chryzantema: po pewnym czasie człowiek się przyzwyczaja, ale nie znaczy, że przestaje wkurzać :)
  • awatar olaszka: hehehe. ja nigdy nie zapomne motywu z bilardem i czekania w arkadii...
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (9) ›