oficjalnie zakończyłam swoje przerywane stosunki z Uniwersytetem w Catanii. wreszcie.
5 egzaminów w ciągu miesiąca wydawać by się mogło niczym, wszak w Polsce dochodzą zaliczenia, kolokwia, a i egzaminów bywa więcej. jednak wyjątkowo zmęczyła mnie ta sesja.
pomijam fakt, że w Warszawie uczę się mniej lub bardziej regularnie, gdyż zazwyczaj na zajęcia trzeba się przygotować, dodatkowo wykładowcy każą wykazywać się wiedzą na różnego rodzaju kolokwiach, kartkówkach, wejściówkach i innych pierdołach, a tutaj radośnie obijałam się przez większość czasu... materiału jest po prostu OD CHOLERY. na italu, by zdać egzamin, zazwyczaj wystarczy to, co zapamiętuję z egzaminów + dokładne nauczenie się notatek. często gęsto nie ma potrzeby zaglądać do podręcznika (o ile w ogóle takowy jest, niestety, taka specyfika studiów, że książek często nie ma. nie mówię o literaturze jako takiej, tylko o podręcznikach). tutaj na każdy egzamin trzeba przeczytać bazylion stron. moim faworytem pod tym względem była historia teatru: jeden podręcznik 100 stron, drugi podręcznik tyleż, trzeci podręcznik stron 300 + 7 sztuk + 3 filmy. w momencie, gdy zaczęłam się uczyć, zrozumiałam, czemu Włosi do egzaminów często zakuwają nawet 2 miesiące przed, a nie, tak jak my, dwie noce przed, heh. to jest po prostu nie do ogarnięcia.
nauczona doświadczeniem postanowiłam podzielić się nim ze wszystkimi, którzy postanowią pojechać na Erasmusa do Włoch.
kilka strategii i porad sesyjnych, czyli jak przetrwać na Erasmusie:
1. jeśli jesteś w zapomnianym przez Boga, niezbyt europejskim miejscu, takim jak Catania, gdzie na księdza wołają "batman", sporo zależy od tego, na jakim wydziale jesteś. jeżeli studiujesz literaturę, języki czy inne przedmioty humanistyczne - zazwyczaj masz łatwiej, profesorowie są wyrozumiali i nie oblewają erasmusów z zasady. trochę gorzej, jeżeli studiujesz np. ekonomię czy przedmioty ścisłe, tutaj już może nie być taryfy ulgowej, co więcej, znajomi na tutejszej ekonomii (z Białegostoku) mówili, że mieli czasem nawet więcej do przygotowania, niż Włosi. jeśli zaś jesteś bliżej cywilizacji, np. w Mediolanie czy w Rzymie, musisz liczyć się z tym, że będą cię traktować jak każdego innego studenta i słodkie oczy oraz "psze pana, bo ja na Erasmusie" niewiele zdziałają.
2. jeśli mówisz tylko po angielsku, to zazwyczaj w tych niezbyt międzynarodowych ośrodkach jesteś na plusie. wykładowcy często nie władają tym językiem, a jeśli, to prawie zawsze będą mówić gorzej od ciebie. z racji tego możesz dostać trochę materiałów po angielsku i zaliczenie za samo pojawienie się na egzaminie, bo psor nie będzie chciał się kompromitować nieznajomością języka. z drugiej strony, może się też zdarzyć, że wykładowca ma totalnie w nosie to, że nic z zajęć nie rozumiesz, masz zdać egzamin po włosku i już, twoja sprawa, jak.
jeśli mówisz po włosku, to rada od Włochów i ode mnie (z cyklu mądry Polak po szkodzie): NIE POPISUJ SIĘ TYM. udawaj, że nie mówisz, mówisz słabo, cokolwiek, ale nie wkop się jak ja.
przykład pierwszy: włoska literatura współczesna. wielokrotnie rozmawiałam i mailowałam z profesorem. do egzaminu podeszłam na miękkich nogach, a jak od koleżanek z grupy usłyszałam: "a, to ty jesteś tą Polką. profesor mówił, że mówisz po włosku poprawniej od nas..." - wiedziałam, że jestem ugotowana. zdane, ale stres jak stąd do Australii.
przykład drugi: egzamin z geografii polityczno-ekonomicznej zdawałam w drugim terminie, bo daty pokrywały się z egzaminem z literatury. w pierwszym podejściu zdawały dziewczyny, obie uzyskały świetne wyniki. przychodzę ja, dwa tygodnie później, stan wiedzy bardzo niski, no bo się nie chce, ostatni tydzień, imprezy, a dziewczyny zdały egzamin z palcem w nosie, mając takie ambitne pytania jak "gdzie są największe uprawy na świecie? tak, to proszę mi pokazać USA na mapie...". siadam - niewyspana, głodna, nieprzygotowana. jedno z pierwszych zdań: "koleżanki już zdały ten egzamin, widzę, że po włosku mówicie dobrze...". w głowie zapaliła się wielka lampka ze słowem na K. egzamin ledwo zdany.
przykład trzeci: egzamin z historii kina. zdaję ja, M. i 3 Hiszpanów. postanawiamy przyjąć strategię "udajemy, że po włosku mówimy średnio". Hiszpanie nie muszą udawać, w końcu wiadomo, jak to u nich z językami. proste pytania, szybko, bez większego stresu, wszyscy zdają z dobrymi ocenami.
3. data egzaminu wcale nie oznacza, że zdasz go tego właśnie dnia. nawet, jeśli są zapisy przez internet, to i tak można się stawić na egzaminie i dopisać ręcznie do listy. na niektórych zaś w ogóle nie ma wcześniejszych zapisów, po prostu przychodzisz. wiedząc, że włoskie uniwersytety są przepełnione oraz jak wygląda włoska organizacja licz się z tym, że każą ci przyjść w innym terminie. nie ma jak u nas: kto się zapisał, ten zdaje, a profesor siedzi, aż padnie z głodu, ale wszystkich odpyta. tutaj na egzamin zapisuje się ponad 100 osób, a prowadzący mówią, że dziś odpytają tylko 30, reszta ma przyjść parę dni później. mi zdarzyło się zostać "przerzuconą" dwa razy i akurat bardzo się z tego cieszę, bo miałam więcej czasu na naukę, ale rozumiem zirytowanie niektórych. oczywiście, zazwyczaj nie ma problemów z dogadaniem się, jeśli akurat MUSISZ zdać tego jednego dnia, bo samolot, inne egzaminy, zupa za słona.
4. zapomnij o pisemnych, Włochy to kraj egzaminów ustnych. wszystkie plusy i minusy tegoż faktu pominę, gdyż wiadomo, że ustne są stresujące, niesprawiedliwe, z drugiej strony można na nich owinąć sobie wykładowcę wokół palca itepe. to, co szokuje przyjezdnego z Polski, to publiczność egzaminów. nie jak u nas, że wchodzisz do sali sam lub z drugą osobą i tyle, tutaj - jeśli masz szczęście - egzamin odbywa się przy otwartych drzwiach i nasłuchujących pod nimi studentach lub - jeśli masz pecha - w sali pełnej ludzi, którzy albo słuchają twoich odpowiedzi, albo gadają między sobą. wspaniale, zwłaszcza, jeśli ktoś umiera ze stresu przed wystąpieniami publicznymi. wszystko to w ramach przejrzystości, żeby nie było podejrzeń o korupcję. mój stosunek? sama nie wiem.
5. na wszelki wypadek zacznij się uczyć wcześniej. urok bycia erasmusem to jedno, ale jeżeli masz poważny egzamin, to niewiele ci pomoże. ja do egzaminu z włoskiej literatury współczesnej zaczęłam się uczyć dwa dni przed (bo to moja działka, chodziłam na zajęcia, poradzę sobie). skończyło się na dwóch dniach i dwóch nocach wycia nad książkami, gdy okazało się, że czym dalej w las, tym więcej drzew, materiału jest od groma, a ja jestem w bardzo kiepskiej sytuacji. stawiłam się na egzamin niewyspana, zmęczona, zdołowana i zestresowana jak nigdy. dość powiedzieć, że ledwie usiadłam przed profesorem, a wybuchnęłam płaczem. zdałam nawet nieźle, bynajmniej nie przez litość profesora, bo i tak maglował mnie przez godzinę, ale czuję się źle z tego powodu. oraz "nigdy więcej nie odłożę nauki na ostatnią chwilę blabla".
zmieniając temat.
już w niedzielę powrót do polskiej rzeczywistości.
i na tym zdaniu skończę, bo zaraz znowu się rozkleję.
5 egzaminów w ciągu miesiąca wydawać by się mogło niczym, wszak w Polsce dochodzą zaliczenia, kolokwia, a i egzaminów bywa więcej. jednak wyjątkowo zmęczyła mnie ta sesja.
pomijam fakt, że w Warszawie uczę się mniej lub bardziej regularnie, gdyż zazwyczaj na zajęcia trzeba się przygotować, dodatkowo wykładowcy każą wykazywać się wiedzą na różnego rodzaju kolokwiach, kartkówkach, wejściówkach i innych pierdołach, a tutaj radośnie obijałam się przez większość czasu... materiału jest po prostu OD CHOLERY. na italu, by zdać egzamin, zazwyczaj wystarczy to, co zapamiętuję z egzaminów + dokładne nauczenie się notatek. często gęsto nie ma potrzeby zaglądać do podręcznika (o ile w ogóle takowy jest, niestety, taka specyfika studiów, że książek często nie ma. nie mówię o literaturze jako takiej, tylko o podręcznikach). tutaj na każdy egzamin trzeba przeczytać bazylion stron. moim faworytem pod tym względem była historia teatru: jeden podręcznik 100 stron, drugi podręcznik tyleż, trzeci podręcznik stron 300 + 7 sztuk + 3 filmy. w momencie, gdy zaczęłam się uczyć, zrozumiałam, czemu Włosi do egzaminów często zakuwają nawet 2 miesiące przed, a nie, tak jak my, dwie noce przed, heh. to jest po prostu nie do ogarnięcia.
nauczona doświadczeniem postanowiłam podzielić się nim ze wszystkimi, którzy postanowią pojechać na Erasmusa do Włoch.
kilka strategii i porad sesyjnych, czyli jak przetrwać na Erasmusie:
1. jeśli jesteś w zapomnianym przez Boga, niezbyt europejskim miejscu, takim jak Catania, gdzie na księdza wołają "batman", sporo zależy od tego, na jakim wydziale jesteś. jeżeli studiujesz literaturę, języki czy inne przedmioty humanistyczne - zazwyczaj masz łatwiej, profesorowie są wyrozumiali i nie oblewają erasmusów z zasady. trochę gorzej, jeżeli studiujesz np. ekonomię czy przedmioty ścisłe, tutaj już może nie być taryfy ulgowej, co więcej, znajomi na tutejszej ekonomii (z Białegostoku) mówili, że mieli czasem nawet więcej do przygotowania, niż Włosi. jeśli zaś jesteś bliżej cywilizacji, np. w Mediolanie czy w Rzymie, musisz liczyć się z tym, że będą cię traktować jak każdego innego studenta i słodkie oczy oraz "psze pana, bo ja na Erasmusie" niewiele zdziałają.
2. jeśli mówisz tylko po angielsku, to zazwyczaj w tych niezbyt międzynarodowych ośrodkach jesteś na plusie. wykładowcy często nie władają tym językiem, a jeśli, to prawie zawsze będą mówić gorzej od ciebie. z racji tego możesz dostać trochę materiałów po angielsku i zaliczenie za samo pojawienie się na egzaminie, bo psor nie będzie chciał się kompromitować nieznajomością języka. z drugiej strony, może się też zdarzyć, że wykładowca ma totalnie w nosie to, że nic z zajęć nie rozumiesz, masz zdać egzamin po włosku i już, twoja sprawa, jak.
jeśli mówisz po włosku, to rada od Włochów i ode mnie (z cyklu mądry Polak po szkodzie): NIE POPISUJ SIĘ TYM. udawaj, że nie mówisz, mówisz słabo, cokolwiek, ale nie wkop się jak ja.
przykład pierwszy: włoska literatura współczesna. wielokrotnie rozmawiałam i mailowałam z profesorem. do egzaminu podeszłam na miękkich nogach, a jak od koleżanek z grupy usłyszałam: "a, to ty jesteś tą Polką. profesor mówił, że mówisz po włosku poprawniej od nas..." - wiedziałam, że jestem ugotowana. zdane, ale stres jak stąd do Australii.
przykład drugi: egzamin z geografii polityczno-ekonomicznej zdawałam w drugim terminie, bo daty pokrywały się z egzaminem z literatury. w pierwszym podejściu zdawały dziewczyny, obie uzyskały świetne wyniki. przychodzę ja, dwa tygodnie później, stan wiedzy bardzo niski, no bo się nie chce, ostatni tydzień, imprezy, a dziewczyny zdały egzamin z palcem w nosie, mając takie ambitne pytania jak "gdzie są największe uprawy na świecie? tak, to proszę mi pokazać USA na mapie...". siadam - niewyspana, głodna, nieprzygotowana. jedno z pierwszych zdań: "koleżanki już zdały ten egzamin, widzę, że po włosku mówicie dobrze...". w głowie zapaliła się wielka lampka ze słowem na K. egzamin ledwo zdany.
przykład trzeci: egzamin z historii kina. zdaję ja, M. i 3 Hiszpanów. postanawiamy przyjąć strategię "udajemy, że po włosku mówimy średnio". Hiszpanie nie muszą udawać, w końcu wiadomo, jak to u nich z językami. proste pytania, szybko, bez większego stresu, wszyscy zdają z dobrymi ocenami.
3. data egzaminu wcale nie oznacza, że zdasz go tego właśnie dnia. nawet, jeśli są zapisy przez internet, to i tak można się stawić na egzaminie i dopisać ręcznie do listy. na niektórych zaś w ogóle nie ma wcześniejszych zapisów, po prostu przychodzisz. wiedząc, że włoskie uniwersytety są przepełnione oraz jak wygląda włoska organizacja licz się z tym, że każą ci przyjść w innym terminie. nie ma jak u nas: kto się zapisał, ten zdaje, a profesor siedzi, aż padnie z głodu, ale wszystkich odpyta. tutaj na egzamin zapisuje się ponad 100 osób, a prowadzący mówią, że dziś odpytają tylko 30, reszta ma przyjść parę dni później. mi zdarzyło się zostać "przerzuconą" dwa razy i akurat bardzo się z tego cieszę, bo miałam więcej czasu na naukę, ale rozumiem zirytowanie niektórych. oczywiście, zazwyczaj nie ma problemów z dogadaniem się, jeśli akurat MUSISZ zdać tego jednego dnia, bo samolot, inne egzaminy, zupa za słona.
4. zapomnij o pisemnych, Włochy to kraj egzaminów ustnych. wszystkie plusy i minusy tegoż faktu pominę, gdyż wiadomo, że ustne są stresujące, niesprawiedliwe, z drugiej strony można na nich owinąć sobie wykładowcę wokół palca itepe. to, co szokuje przyjezdnego z Polski, to publiczność egzaminów. nie jak u nas, że wchodzisz do sali sam lub z drugą osobą i tyle, tutaj - jeśli masz szczęście - egzamin odbywa się przy otwartych drzwiach i nasłuchujących pod nimi studentach lub - jeśli masz pecha - w sali pełnej ludzi, którzy albo słuchają twoich odpowiedzi, albo gadają między sobą. wspaniale, zwłaszcza, jeśli ktoś umiera ze stresu przed wystąpieniami publicznymi. wszystko to w ramach przejrzystości, żeby nie było podejrzeń o korupcję. mój stosunek? sama nie wiem.
5. na wszelki wypadek zacznij się uczyć wcześniej. urok bycia erasmusem to jedno, ale jeżeli masz poważny egzamin, to niewiele ci pomoże. ja do egzaminu z włoskiej literatury współczesnej zaczęłam się uczyć dwa dni przed (bo to moja działka, chodziłam na zajęcia, poradzę sobie). skończyło się na dwóch dniach i dwóch nocach wycia nad książkami, gdy okazało się, że czym dalej w las, tym więcej drzew, materiału jest od groma, a ja jestem w bardzo kiepskiej sytuacji. stawiłam się na egzamin niewyspana, zmęczona, zdołowana i zestresowana jak nigdy. dość powiedzieć, że ledwie usiadłam przed profesorem, a wybuchnęłam płaczem. zdałam nawet nieźle, bynajmniej nie przez litość profesora, bo i tak maglował mnie przez godzinę, ale czuję się źle z tego powodu. oraz "nigdy więcej nie odłożę nauki na ostatnią chwilę blabla".
zmieniając temat.
już w niedzielę powrót do polskiej rzeczywistości.
i na tym zdaniu skończę, bo zaraz znowu się rozkleję.

jednak pani chyba nie liczy na moje nawrócenie, zwłaszcza po tym, jak powiedziałam, że dopuszczam małżeństwa homoseksualistów... co odróżniało ją od naszych moherów, to bardzo niski, wręcz zerowy poziom agresji. dodatkowo, według jej słów, Radio Maria nie jest we Włoszech upolitycznione, tylko zachowuje obiektywizm. ciekawe, czy rzeczywiście tak jest.


-
Aleks.:
-
gość:
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›